Rodzący bogowie

Na Boże Narodzenie, pod choinkę, tłumaczenie paru rozdziałów z w.w. książki Doris Wolf. Tym razem chodzi o zdolność do dawania życia, z którą bogowie wszelkiego autoramentu mieli poważny problem. Boginie można było zmienić na męskich bogów, ośmieszyć, nawet zabić czy odsunąć od władzy. Trudno jednak rodzić bez macicy i jajników. Jak sobie bogowie z tym dylematem poradzili?

Absurdalne mity o ciężarnych bogach.

To właśnie kobieca zdolność rodzenia wzbudza zazdrość i nienawiść patriarchalnych mężczyzn pisze francuski historyk i poeta Jean Markale. „Wiadomo z etnologicznych studiów, że zdolność kobiet do dawania życia była zawsze postrzegana z przerażeniem i zdziwieniem, a to mogło być powodem nienawiści do kobiet, nawet „gynofobii“, która występuje we wszystkich rozwiniętych społeczeństwach.“ (Markale 1987, s. 16.)

Twórcza siła, zachodzenie w ciążę i rodzenie, stała się jak wskazują na to najstarsze mity, największym życzeniem patriarchalnych Indoeuropejczyków.

Istotnie, przejęcie kobiecej siły darowania życia, wydaje się być wyróżniającym atrybutem najwcześniejszych bogów. (Barbara G. Walker)

Zeus rodzi Atenę z głowy.

Wszystkie patriarchalne religie od początku dokładały wszelkich starań, aby ten nieprzezwyciężony problem rodzenia, daru, który wyłącznie kobiety posiadają, rozwiązać na różne sposoby.

Obrazy miały wesprzeć zapisane mity. Ptah uchodził za „męskokobiecego“, miał mieć ciężarny, kobiecy brzuch, „prawzgórze“. Jest, podobnie jak Ozyrys w grobie Tutanchamuna w „izbie narodzin“ przedstawiany na kamiennych rzeźbach z Tell Basta z tą charakterystyczną dla Egiptu, subtelną insynuacją ciąży. Atum był postrzegany jako mężczyzna, ale miał zawierać w sobie męskość i kobiecość, był wielkim Nim albo Nią. Tekst 80 z tekstów trumiennych, mówi dosłownie o tym że Atum urodził Schu i Tefnut (mesj – rodzić), co tłumaczy się przez: „stworzył, spowodował“. Jednakże jak wynika z obrazów wyobrażano sobie bogów w ciąży. Egipski „reformator“ Echnaton wziął przykład z Ptaha i Ozyrysa, pozwolił się przedstawiać z ciężarnym kobiecym ciałem, wyjątkowy wizerunek rozdętego męskiego ego.

Jakkolwiek niemożliwym może się to wydawać, mężczyźni chcieli za każdą cenę utrzymać wrażenie, że mężczyzna jest w stanie urodzić dziecko. (Barbara G. Walker)

Aby dodać ważności ojcostwu, które w matriarchacie było całkiem ignorowane, niektóre kultury wymyśliły zwyczaj “kuwady“, gdy ojciec kładzie się do łóżka z nowonarodzonym dzieckiem i pozwala kobietom się o niego troszczyć i karmić, tak jakby był w połogu. „Funkcja kuwady polega na stworzeniu społecznego ojcostwa, przez symboliczne zrównanie ojca z matką“. (Malinowski, cyt. za Bettelheimem 1975, s. 148). Mężczyzna chce w ten sposób odciągnąć uwagę od znaczenia kobiety, pisze Bettelheim. Jednakże „kopiuje w ten sposób tylko cechy powierzchowne zamiast najistotniejszej, której po prostu nie jest w stanie wykonać. Takie małpowanie powierzchowności jest tym intensywniejsze , im bardziej zazdrości się rzeczywistej, konkretnej mocy. Kobiety, które są usatysfakcjonowane emocjonalnie, ponieważ rodziły i są pewne swojej zdolności dawania życia mogą się pogodzić z kuwadą: mężczyźni potrzebują jej, aby wypełnić emocjonalną próżnię, która powstała z niemożności rodzenia dzieci.“ (Bettelheim 1975, S. 149).

Parę lat temu Franz Alt, teolog i redaktor, przechwalał się w niemieckiej telewizji, że wraz z żoną są w ciąży. Czyżby go dopadł syndrom kuwady?

Odrażające mity męskich porodów.

Ponieważ mity o ciężarnych bogach spotykały się ze sceptycznym nastawieniem, podejmowano dalsze wysiłki, aby propagować ich zdolność tworzenia. W związku z tym, że nawet bogom brakowało kobiecych narządów rodnych, kapłani byli zmuszeni wymyślić inne metody poczęcia i narodzin. Amun stwierdza: „różnorakie postaci wyszły z moich ust“. Ra poślubił własną rękę i „urodził“ przez własny penis: Amen wziął penis w rękę, zjadł własną spermę i „wykreował“ w ten sposób bliźniaków Schu i Tefnut.

Tak więc bogowie „rodzą “swoje kreatury przez usta i nos, przez penis, przez oczy, przez wypróżnianie się, wymioty, plucie, kasłanie, przez masturbację, samozapłodnienie, spermę, ślinę, łzy i krew. Makabryczne i nieapetyczne mity, opowiadające o tym, musiały wydawać się Egipcjanom i Egipcjankom, jeżeli w ogóle o nich słyszeli, groteskowymi wygłupami, wywołującymi raczej obrzydzenie i kpinę niż respekt.

Adolf Erman, który w swojej książce „Religia Egiptu“ poświęcił jeden rozdział sagom o bogach, opowiada zniesmaczony o żartach, sprośnych kawałach i tak dokładnych i obleśnych opisach, że decyduje się je opuścić (Erman 1934, S. 93). Mimo wszystko, zapoznaje czytelników z jedną historią. Thot, „syn obydwu panów (!), który wychynął z czaszki“ był produktem gwałtu na Secie przez ityfalicznego boga Mina. Erman, udostępniając ów mit, zaobserwował, „że warunkiem do powstania owego typu sagi musi być zrozumienie pederastii jako aktu upokorzenia pokonanego wroga oraz zmuszenia go do absolutnego poddaństwa“ (…) Najdobitniej owo przekonanie wyrażone w tekstach z piramid występuje w magicznym tekscie trumiennym okresu Herakleopolisu, kiedy narrator mówi: „Re nie ma nade mną władzy, ponieważ to ja jestem tym, który mu zabiera powietrze. Atum nie ma nade mną władzy, bo to ja kopuluję z jego tyłkiem (Kees, ZAS 60, 1925, S.1)

Erman przypuszczał, że owe sagi zostały dostosowane do „gustu pospólstwa“, które ma inne poczucie humoru niż elity. Myli się jednak: te wulgaryzmy nie zostały wymyślone przez lud, ale przez kapłanów jako część religijnej mitologii. Te niesmaczne historyjki nie były częścią wiary ludowej, co Erman w innym miejscu podkreśla: „Z tego wszystkiego, co wykoncypowali egipscy boscy kapłani, bardzo niewiele przesączyło się do ludu“.

Również Plutarch uznał wiele miejsc w naukach dynastycznych za wstrętne, według niego powinno się po ich przeczytaniu wypluć i wypłukać usta. Można widzieć w nich „rozjaśnienie świadomości“ (W. Wolf 1977, S. 65), ale wydaje się, że określenia „zły gust i perwersja“ opisują je dokładniej. Również Gerda Weiler podziela ten punkt widzenia. Pisze: „obrazy rodzących bogów są perwersyjne. Ani Atun, ani egipski bóg Heliopolisu, ani bóg Ptah z Memfisu, ani Aton, bóg Echnatona, ani Zeus nie są wiarygodni jako rodzący ojcowie. Obrazów porodu nie daje się zawłaszczyć przez męskie fantazje o darowaniu życia. (Weiler 1993, s. 161)

Zastanawiającym jest, jak często mężczyżni nazywają siebie „ojcami“, nawet „ojcami świętymi“ mimo że nie mogą być nimi biologicznie.

Określenie „ojciec“ zostało przejęte przez kleryków żyjących w celibacie od egipskich bogów ojców. Lecz owe określenie ani jednym ani drugim nie przysługuje, ojcem zostaje się jedynie przez kobietę, która rodzi dzieci. Jednakże ci „ojcowie“ starają się właśnie unikać kobiet.

Materialna i duchowa kultura naszego zachodniego świata ma wiele korzeni w kulturze stworzonej przez Sumerów 3000 lat przed chrześcijaństwem. (Hartmut Schmöckel)

Ciężarny Ptah z Bubastis. Wizerunek z blogu D. Wolf

Wyrafinowany mit o tworzeniu słowem

Gorące życzenie identyfikacji z bogami wczesnych królów, którzy „naturalnie“ sami z siebie zachodzili w ciążę i rodzili, stanowiło trudne zadanie dla mitologów, ponieważ jak wszyscy widzieli, tworzenie nowego życia należało wyłącznie do kobiet i natury. Inaczej niż w Egipcie, w którym kapłani wynaleźli wiele nieapetycznych „trywialno-lubieżnych“ mitów, aby wyeliminować kobiety z procesu tworzenia, kapłani z Sumeru szukali innego, bardziej „duchowego“ rozwiązania problemu. Wynaleźli więc mit tworzenia przez słowo.

Ponieważ bóg nie ma żadnej specjalnej przeszłości, jako że jest młodym bogiem zdobywców, dostaje on bohaterską przeszłość. Święta historia wstępuje na miejsce koniecznego dowodu potęgi. (Walter Beltz)

Marduk, którego już poznaliśmy w micie „Enuma Elish“ jako mordercę matki, przechodzi przez tajemniczy egzamin na głównego boga:

Rozłożyli szatę pośrodku: do Marduka, swojego pierworodnego powiedzieli: „W rzeczy samej, och Panie, twoje przeznaczenie wywyższa cię nad innych bogów. Rozkaż niszczyć i tworzyć – i tak się stanie! Przez słowo padłe z twych ust pozwól zniszczyć tę szatę: rozkaż na nowo i pozwól, że szata znowu się scali! I padło słowo z jego ust i szata rozpadła się. I znowu rozkazał i szata zrosła się na nowo. Kiedy bogowie i jego ojcowie, rozpoznali siłę jego słowa, wtedy wznieśli okrzyki radości, oddali mu hołd i rzekli: Marduk jest królem”.

(Heidel, cyt. za Frommem)

Znaczenie owego egzaminu zawiera się w tym, że mężczyzna przezwyciężył swoją niezdolność do naturalnego tworzenia, daną jedynie ziemi i kobietom, przez inny rodzaj siły tworzącej – siły umysłu oraz słowa. Marduk, który na swój sposób mógł tworzyć, przezwyciężył naturalną przewagę matki i mógł przejąć jej miejsce. (Fromm 1974, s. 146) Erich Fromm, który szczegółowo zajmował się fałszerstwami patriarchalnych mitów, pisze o tym następująco:

„Biblijny mit zaczyna się tam, gdzie babiloński kończy. Władza nadrzędna męskiego boga jest postanowiona, z wcześniejszych matriarchalnych systemów nie pozostało nic. „Egzamin“ Marduka stał się głównym tematem biblijnej historii kreacji. Bóg stwarza świat przez słowo: kobieta i jej twórcze siły nie są już potrzebne. Ewa zostanie stworzona z żebra Adama. Jednak wspomnienie matriarchalnego panowania jeszcze całkiem nie wygasło. W Ewie widzimy kobietę mocniejszą od mężczyzny. „ (Fromm 1991, s. 156). A także:

„Mit biblijny jest pieśnią triumfalną nad pokonaną kobietą, zakłamuje on fakt, że to kobieta rodzi mężczyznę i tym samym odwraca naturalny stan rzeczy w jego przeciwieństwo“ (Fromm 1974, S. 127)

Mit tworzenia przez słowo stanowi jeden z najbardziej wyrafinowanych wynalazków, aby ukryć rolę kobiety w procesie tworzenia i jest jednocześnie „najbardziej szaloną fantazją, jaką można tylko wymyślić, przeczy ona całemu doświadczeniu, całej rzeczywistości, całemu naturalnemu uwarunkowaniu“ (Fromm, 1994, s. 91)

Również inni autorzy i autorki wyrażali zaskoczenie; Lucie Stapenhorst pisze: „Jak to się mogło stać, że ludzie wbrew rozsądkowi oraz wbrew własnym doświadczeniom zaakceptowali tego twórcę-boga, który tworzy życie za pomocą słowa. Na to może być tylko jedna odpowiedź: ta nauka została wbijana w ich umysły tak długo, dopóki przestali się odważać inaczej myśleć. Od tego czasu chrześcijaństwo wykazuje się specjalnym talentem wymyślania nauk sprzecznych z naturą. Im absurdalniejsze przesłanie tym bardziej zasłużonym jest akt wiary; inaczej mówiąc, im mniej rozumu tym więcej wiary“. (Stapenhorst 1993, s. 11)

Nie bogowie stworzyli ludzi, tylko ludzie bogów. (Homer)

To zrozumiałe, że „kapłani męskich bogów, rzucili się z zapałem na to stwierdzenie, jakoby można tworzyć słowem, ponieważ w ten sposób dało się uniknąć tłumaczenia problemu w jaki sposób jakiś byt niemogący rodzić, stawał się twórcą. Z tego powodu Logos stał się ważną kliszą każdej patriarchalnej religii. Powodem do zachwytów kapłanów nad nauką Logosu było to, że owa nauka udostępniała męskim bóstwom metodę kreacji, czyli tego co było dotąd przywilejem dających życie bogiń“ (Angus, cyt. Walker 1993, s. 620 i 1997, s. 149).

Wraz z aktem tworzenia przez słowo, dzieła bogów przeistaczały się w coraz bardziej abstrakcyjne pojęcia. Niektórzy egiptolodzy podziwiają Echnatona, który jako pierwszy „postawił genialny krok w kierunku abstrakcyjnego pojęcia boga. Niestety naród nie „był zdolny pojąć bogactwa świętej tajemnicy“ żałują Brunner i Brunner (1984, s. 8). Dopiero abstrakcyjne pojęcia bogów umożliwiły mitologom, stworzyć boskie niebo, bez konkretnej, twórczej, żeńskiej siły i uwolnić ich od ziemskiej rzeczywistości przez fikcyjną, twórczą potęgę umysłu.

Ten abstrakt nazywają „duchowym, niematerialnym, metafizycznym, zasadniczym, tajemniczym, transcendentnym, ukrytym, mistycznym, tajemniczym, niezgłębionym“ i z tego powodu monoteistyczne religie Księgi są przez ich przedstawicieli określane jako „wysokie religie“. Tym samym sugerując, że są „wyższe“, mądrzejsze, bardziej boskie i duchowe niż zdewaluowane przez nich „bluźniercze“ religie ludowe czy święcące naturę.

Manipulacja, podobnie jak w przypadku określenia „kultura wysoka“. „Religie wysokie“ są abstrakcyjne, oddzielone od ziemskiej rzeczywistości, twierdzą, że przekroczyły granice świadomości, budują na nierealnych podstawach, urojeniach. Są to nieudolne techniki maskujące. Freud mówi o „neurozie natręctw“ i o „psychozie halucynacyjnej“. Religie wielkiego boga są „niewytłumaczalne“ twierdzą klerycy. Są „niepojęte“, ani „oko tego nie widziało, ani ucho nie słyszało“. W ten sposób można uniknąć tłumaczenia „transcendentnych“ bogów oraz ich absurdalnych i złośliwych, wrogim ludziom przekazań.

Każda patriarchalna wiara, czy to sumeryjska, czy babilońska, irańska, egipska, rzymska, grecka, europejska, celtycka, nordycka, żydowska, chrześcijańska czy muzułmańska posługuje się mitami jako dowodami na jedyną prawdę i wyższość swojej wiary oraz na przemoc używaną do wypełniania swojej misji. [1]

Iran, kraj Ariów, udowadnia nam w lutym 2009 roku, jak patriarchat od wieków potrafił przeżyć troszcząc się o swoje owieczki: muzułmanie, którzy odchodzą od nakazanej „wiary“ i przechodzą „do innej religii“, mają być w przyszłości bezwzględnie karani śmiercią. Do tej pory wypowiedzenie kary śmierci zależało od uznania sędziego, teraz wolność jurystyczna ma być ograniczona. Tak można sobie właśnie wyobrazić wprowadzanie wszystkich patriarchalnych religii, dokładnie tak, przez przemoc.

(…)

Nasze przodkinie nie miały innego wyboru po zbrodniach na czarownicach, jeżeli nie chciały przeżyć tych samych okrucieństw oraz śmierci jak ich zamordowane siostry. W najlepszym wypadku groziło im, w późniejszych wiekach odebranie dóbr, ziemi, zniesławienie, nieufność, wrogość, wypędzenie z domy, wspólnoty, prześladowanie przez fanatycznych „głosicieli prawdziwej wiary“ a nawet śmierć. Zostaliśmy odizolowani od wiedzy o morderstwach na czarownicach, o tym czasie koszmaru i wstydu, nawet o pamięci o nich. Kto wyciąga te sprawy na jaw, żyje niebezpiecznie. Szczególnie myślące i studiujące kobiety są solą w oku patriarchalnych mężczyzn.

Podobnie jak nasze poprzedniczki zastraszane przez męki piekielne, przez tortury i śmierć aż straciły zdolność do myślenia, tak samo my po stuleciach prania mózgów zostaliśmy nawróceni na siłę i nawet tego nie czujemy. Ludzie dają się wyjątkowo łatwo uwieść teoriom zbawienia oraz kapłanom zbawienia. Czy przez religię czy politykę, dają się manipulować propagandzie i ideologiom i wykorzystywać władcom dla politycznych celów.

(…)

Miej odwagę używać własnego rozumu, powiedział Immanuel Kant, a jednak: patriarchat potrzebuje wiernych a nie krytycznie myślących ludzi!

Nasze życie jeszcze niedawno podobne było do tego, co dzisiaj przeżywa wiele muzułmańskich kobiet. Najgorzej prześladują je i dręczą talibowie, którzy przypominają chrześcijańskich krzyżowców i średniowiecznych inkwizytorów, horda „wierzących mężczyzn“, bez kobiet, oszalała, prymitywna, która terroryzuje świat, a szczególnie, jak zawsze, kobiety.

Bibliografia:

Markale Jean, La femme celte, Paris, 1989

Bettelheim Bruno, die Symbolischen Wunden, München 1975

Erman Adolf, Aegypten und aegyptisches Leben im Altertum, Hildesheim, 1984

Kees Hermann, Aegypten, ZÄS, 1925

Wolf Walter, Funde in Aegypten, 1966

Wolf Walter, Kulturgeschichte des alten Aegypten, Stuttgart, 1977

Weiler Gerda, Das Matriarchat im alten Israel, 1989

Fromm Erich, Anatomie der menschlichen Destruktivität, Stuttgart, 1974

Fromm Erich, Märchen, Mythen, Träume, Reinbeck Hamburg, 1951/1991

Stapenhorst Lucie, Die Drächin und der Held, Norden, 1993

Walker Barbara G., Das geheime Wissen der Frauen, Frankfurt, 1993

Brunner-Traut Emma, Die alten Aegypter, Stuttgart, 1987

(Doris Wolf, Der Kampf gegen Weisheit und Macht der matriarchalen Urkultur Ägyptens“, eine Kriminalgeschichte, DEWE, Zürich, 2009 s. 295-303)

[1] Tu mogę się z Doris Wolf zgodzić tylko częściowo, oprócz religii monoteistycznych, które uważały się za jedną słuszną religię i nie tolerowały innych obok siebie, reszta wymienionych oznaczała się pewną tolerancją. Bogów i boginie można było wymieniać, dodawać celtyckie imiona do greckich, czy rzymskich. Pokojowe współistnienie wyznawców Sarapisa, Artemidy, Jupitera czy Minerwy w Cesarstwie Rzymskim legło w gruzach dopiero po uznaniu religii chrześcijańskiej za państwową.

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Walka z chaosem

Co było przed faraonami? Dlaczego tak mało wiemy o starożytnym Egipcie? Dlaczego egiptolodzy tak bronią się przed stwierdzeniem, że Egipt posiadał wspaniałą kulturę przed epoką faraonów oraz, że wraz z inwazją Indoeuropejczyków nastąpił jej koniec? Mało wiemy o ewolucji w świecie egipskich bogów, o detronizacji bogiń, o utracie ich prestiżu i władzy. Doris Wolf próbuje odpowiedzieć na powyższe pytania w książce pt. „Walka z mądrością i potęgą matriarchalnej prakultury Egiptu. Historia kryminalna“ (DEWE Verlag, Zurich, 2009). Rzeczywiście tę książkę czyta się jak wielowątkowy kryminał, czasami włosy się  jeżą na karku z przerażenia. Wybieram jeden z krótkich rozdziałów dotyczący dzielnych herosów zabijających smoki. Ale na tłumaczenie czekają jeszcze bardziej smakowite kąski, np. historie o tym jak męscy bogowie zachodzili w ciąże.

Titelbild_Engel,_Dämonen_und_phantastische_Wesen

św. Michał מיכאל Ostatnim słowem, który potwór usłyszał przed śmiercią było: „Mi kam (ocha) el (ohim), Mikael „, „kto jest jak ty Boże?”). Na obrazie Michał trzyma wagę, na której waży uczynki ludzi. Potwór ma wyraźnie kobiece piersi.

„Pamiętajcie o tych wszystkich prawach, które były stosowane przez naszych przodków aby ograniczyć wolność kobiet, aby je poddać pod władzę mężczyzn. Gdy tylko nam dorównają, będą od nas lepsze.“ (Portius Cato, rzymski cenzor). Ten strach towarzyszy męskim uzurpatorom do dzisiaj.

Wolf, Doris. Der Kampf gegen Weisheit und Macht der matriarchalen Urkultur Aegyptens, Eine Kriminalgeschichte, DEWE Verlag Zürich, 2009, s. 273-275.

Na okładce kobiety bite przez kapłanów.

Diabolizowanie Wielkiej Bogini w indoeuropejskich smoczych mitach.

Zwycięstwo nad indygenną Wężową Boginią oraz jej przemiana w demona i smoka jest metaforą triumfu patriarchatu nad przedstawicielkami wcześniejszego matriarchalnego systemu w Azji południowo-zachodniej.

Samuel N. Kramer twierdzi, że „wiele wątków w tkaninie greckich i wczesnych chrześcijańskich mitów o smokach, sięga do sumeryjskich źródeł“, ponieważ w mitologii Sumeru w 3000 p.n.e mit zabójcy smoka odgrywał wielką rolę (Kramer Samuel Noah, Geschichte beginnt mit Sumer, Monachium, 1959, s. 131). Gilgamesh, bohaterski sumeryjski zabójca smoka, przechodzi jako morderca Bogini Świata Podziemnego (w jej zmaskulinizowanej formie jako „Chuwawa“) do historii mitologii. Mordercy smoków towarzyszą nieustannie postępującej patriarchalizacji.

Motyw zabójcy smoka jest typowym motywem stepowym, który rozprzestrzenił się na całym świecie wraz z podbojami wojowniczych, północnych nomadów. W niezliczonych indoeuropejskich smoczych mitach „Bogowie Światła“ walczą ze znienawidzonymi kobiecymi bóstwami.

Walka ze smokiem jest zawsze przedstawiana jako „walka światła z ciemnością“, i jako „zwycięstwo nad chaosem“. Jednakże to porównanie w rzeczywistości opisuje walkę patriarchatu przeciwko matriarchatowi, przeciwko pradawnemu elementowi kobiecemu, skazując go na rolę szatana i diabła. Badaczki i badacze mitów odnaleźli we wszystkich indoeuropejskich mitach walki motyw zgładzenia pierwotnej wężowej bogini (również pod postacią smoka, demona czy potwora) przez patriarchalnych herosów względnie przez wtórnego boga, który tę pierwotną, żeńską siłę unicestwił i przejął jej siłę. Również w Egipcie. Emma Brunner-Traut zadaje nawet pytanie, czy Egipt nie był źródłem średniowiecznych, europejskich sag o smokach (Emma Brunner-Traut, Gelebten Mythen, Stuttgart, 1988, S. 109-116).

Egipt nie był kolebką owych sag, ale indoeuropejscy kapłani zwycięzców często się nimi posługiwali. Kiedy Horus przebija lancą krokodyla Setha, jest „nikim innym jak św. Jerzym w walce ze smokiem, symbolem zła.“ (Stierlin Henri, Aegypten, Stuttgart, 1988, s. 157)

Seth schował się jako smok pod ziemię a Re rzekł: Seth zmienił swą postać w ryczącego smoka.

Odnajdujemy ten mit z niewielkimi odstępstwami u Germanów, kiedy Thor zwycięża nad wężem Midgard, w hinduskiej Rig Vedzie, w której Indra kaleczy potężnego smoka Vritrę i tak długo dręczy matkę Vritry Danu, aż uchodzi z niej życiodaja energia. W hetyckiej Anatolii toczy się walka między bogiem burzy i smokiem Illujanką, w północnym Kanaanie, między Baalem i wężem Lat / Lotan albo Lawtan (w języku arabskim i kanaanejskim „Lat“ oznacza „Bogini“). „W Babilonii – podczas panowania klasy rządzącej, będącej pod wpływem Indoeuropejczyków – była to walka między Mardukiem i Boginią Tiamat. W Asyrii, opanowanej przez Indoeuropejczyków, Aschur przejmuje dzieło Marduka. W indoeuropejskiej Grecji mamy Zeusa i smoka Tyfona. Dalej mamy Herkulesa, który triumfuje nad wężem Ladonem, który opiekuje się świętym sadem bogini Hery, która miała go dostać od Gai jako prezent ślubny po poślubieniu Zeusa. Ten mit pojawia się we wszystkich starych hebrajskich tekstach. W nich wąż Lewiatan jest pokonany przez hebrajskiego Jahwe (Jehowę). Nawet chrześcijaństwo przejęło legendę o świętym Jerzym i smoku oraz świętym Patryku i wężach“. (Merlin Stone, Als Gott eine Frau war, Monachium, 1988, S. 107). W północno – nordyckich i germańskich sagach, głównie w Sadze Nibelungów, zabójcą węża jest Siegfried (również Sigurd).

Walka jest kontynuowana w monoteistycznych religiach. Częścią polityki kapłanów było przekształcenie bogiń starej i pokonanej kultury w demony nowej. Czytamy w Księdze Objawienia (12,7-9):

I wybuchła walka w niebie: Michał i aniołowie jego stoczyli bój ze smokiem. I walczył smok i aniołowie jego, Lecz nie przemógł i nie było już dla nich miejsca w niebie. I zrzucony został ogromny smok, wąż starodawny, zwany diabłem i szatanem, który zwodzi cały świat; zrzucony został na ziemię, zrzuceni też zostali z nim jego aniołowie.

Tak komentuje to Uwe Steffen w swojej książce „Walka ze smokiem“ wydanej w chrześcijańskim wydawnictwie „Krzyż (Kreuz)“: „Ten żydowski mit upadku aniołow należy do licznych mitów o duchowej pra-katastrofie w niebie i kosmosie, o walce ze smokiem, o walce światła z ciemnościa, o pokonaniu chaotycznej, ciemnej kobiecości i o wstąpieniu do akcji ratującej siły, która zwycięża chaos.“ (Steffen Uwe, Drachenkampf, Stuttgart, 1984, s. 100)

Marduk w walce z Tiamat

Niesamowita wypowiedź! I nawet same kobiety zamykają oczy i zasłaniają uszy przed takimi stwierdzeniami i tym samym starają się oszukać własny rozum: nie chcą spojrzeć jasno na wrogie kobietom wypowiedzi chrześcijańskich autorów. Wraz z inwazją indoeuropejskich zdobywców legendy o zabójcach smoków rozprzestrzeniły się od Oceanu Indyjskiego aż po Atlantyk, utrwaliły się również w afrykańskich królestwach aż do czasów współczesnych. Dittmer Kunz stwierdza w swojej „Historii Afryki“: „Dopiero po zabiciu smoka (węża, czy innego potwora) założyciel państwa mógł przejąć władzę od starszej dynastii (od boskich „królów“, którzy czcili owe „boskie zwierzęta“ (…) Co oznaczało według starej orientalnej tradycji w perskim dualizmie wypełnienie szlachetnego obowiązku walki światła z ciemnością i wprowadzenie porządku nad chaosem. Według indygennego „prawa matki“ należało następnie zalegitymizować uzurpację tronu przez małżeństwo z lokalną królową.„ (Dittmer Kunz, Zur Geschichte Afrikas, Köln, 1967, s. 335).

Co za szczęście dla despotów, że jedna połowa ludzi nie myśli a druga nie czuje. (J.G. Seume, Apokryphen)

Kościółek św. Jerzego w szwajcarskim Rhäzüns. Ok. 1340 r. Jerzy ratuje damę przed smokiem.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Ciemne wieki

W tym roku ukazała się świetna książka Catherine Nixey „The Darkening Age“ („Ciemniejący Wiek“ albo „Wiek Zachmurzony“) o zniszczeniu antycznego świata przez chrześcijaństwo. C. Nixey, absolwentka filologii klasycznej z Cambridge, opowiada o szokującej i ogólnie do tej pory nieznanej historii o tym, w jaki sposób głosiciele „jednego, zazdrosnego Boga“ i jedynej „słusznej religii“ zdewastowali dobytek nauki i sztuki epoki antycznej. Właśnie szykowałam się do napisania krótkiej recenzji o książce dla babyryby. Niestety, okazało się, że ktoś wcześniej czytał w moich myślach i ujął to dokładnie tak, jak zamierzałam to zrobić. I w dodatku umieścił ten tekst na łamach dzisiejszego szwajcarskiego dziennika „Tages-Anzeiger“.

Nie pozostaje mi więc nic innego, jak przetłumaczyć recenzję Ralpha Pöhnera pt. „ Kaznodzieje nienawiści w aureolach. History Reloaded. Oaza pustynna Palmira była już wcześniej zniszczona“.

Brodaci mężczyźni, dla których liczył się tylko jeden Bóg, nadciągneli w niewielkich grupach z pustyni. Zebrali się pod Palmirą. Zaatakowali stare miasto-oazę, zbeszcześcili świątynie, zburzyli kolumny które stały tu od pięciuset lat. Roztrzaskali wszystkie posągi, jakie znalazły się na ich drodze. Spalili każdą księgę, która nie chwaliła ich Boga.
Islamskie Państwo w Syrii? Nie, to stało się w czasach Rzymskiego Cesarstwa, w roku 385. Chrześcijańscy mnisi przejęli władzę na wschodzie Imperium. Angielska publicystka Catherine Nixey, rozpoczyna książkę o „ciemnej epoce historii“ opisem tego haniebnego czynu dokonanego w Palmirze. Tematem książki jest zniszczenie klasycznego świata przez chrześcijaństwo. W naszej świadomości istnieje obraz pierwszych chrześcijan jako marzycielskich ekscentryków, prześladowanych przez Rzymian, ciągle jeszcze mieszkających w katakumbach, nadstawiającym swoim oprawcom drugi policzek. Jeżeli ktokolwiek miał zagrażać wysokiej kulturze antycznej i w końcu zniszczyć ją to były to, w powszechnym mniemaniu, pogańskie hordy barbarzyńców germańskich. Tak przedstawiała to nauka. Nixey jednak maluje obraz całości, który zmieni całkowicie historię głoszoną przez szkółki niedzielne, przede wszystkim w dwóch punktach.

Po pierwsze: Mit męczennictwa wczesnych chrześcijan to właściwie fake. Oczywiście, były prześladowania chrześcijan w Rzymskim Cesarstwie, ale trwały krótko, były nieudolne i przeprowadzane bez przekonania. Państwowe, oficjalne akcje prześladowcze trwały w ciągu 12 albo 13 lat na przestrzeni 300 lat. I jasne, istnieli ówczas również młodzi mężczyźni, którzy uważali za konieczne poświęcenie z egzaltacją życia w imieniu swojego Boga. Jednakże tylko kilka takich wypadków można udowodnić. Już w osiemnastym wieku słynny historyk Edward Gibbon podejrzewał, że mniej niż 2000 chrześcijan zostało straconych ze względu na wiarę i to w ciągu wielu wieków. Współcześni badacze znacznie obniżają tę liczbę, prawdopodobnie było tylko kilkuset prawdziwych męczenników i to, w dodatku, na obszarze całego Cesarstwa. Jednakże późniejsi wierzący zmajstrowali z tego potężny martyrologiczny dramat, którego ociekające krwią obrazy do dzisiaj zdobią ściany kościołów i rządzą umysłami.

Po drugie, w ówczesnych czasach, 2000 lat temu, po terenie Cesarstwa Rzymskiego nie tylko błąkali się sympatyczni jezusowi hipisi. To byli raczej głosiciele nietolerancji, albo – może należy użyc określenia: kaznodzieje nienawiści? Kiedy rzymscy cesarze podnieślii w 380 roku chrześcijaństwo do statusu religii państwowej , pogrzebali tym samym wolność religijną w krajach śródziemnomorskich. Skończył się czas, kiedy wyznawcy Jupitera, Zeusa, Jahwe, Izydy i Ozyrysa współegzystowali i pozwalali wierzyć innym w co chcą. Ten, kto odmawiał nawrócenia „musi zostać uznany za prawdziwie szalonego i opętanego“ i powinien zostać prześladowany, tak głosił edykt trzech cesarzy z 380 roku. Pięć lat później doszło do pierwszej potwierdzonej egzekucji pewnego heretyka. To był tylko początek. Zakonnicy i biskupi całego Cesarstwa przystąpili do czynu, walczący faceci, których do dzisiaj czci się jako świętych i „ojców Kościoła“. Wypędzili greckich filozofów z miast. Mordowali każdego, kto składał ofiary dla innych bogów. Ogłosili, że homoseksualność jest przestępstwem. Zabronili muzyki, tańca, purpury i szminki. Ich kulturowy przekaz stał się jasny dla każdego, kiedy biskup z Aleksandrii rozkazał w 391 zburzenie świątyni Serapisa i przy okazji puścił z dymem największą bibliotekę antycznego świata: „grzeszne sprawy“, papirusy na stos.

Triumf chrześcijaństwa był nie tylko zwycięstwem: oznaczał przede wszystkim destrukcję starego klasycznego świata. Religia, która wskazuje jedyną drogę do zbawienia, staje się w nieunikniony sposób nietolerancyjna. I takimi stali się głosiciele „jedynej wiary“. W gruncie rzeczy Catherine Nixey zdradza nam bardzo znaną historię. Ale przy okazji zdajemy sobie również sprawę jakim genialnym, propagandowym posunięciem było polukrowanie tej całej zagłady i przyozdobienie jej na końcu świętą aureolą.

Tages-Anzeiger, 2 grudzień, 2017

https://blog.tagesanzeiger.ch/historyreloaded/index.php/1985/hassprediger-mit-heiligenschein/

Catherine Nixey, The Darkening Age, The Christian Destruction of the Classical World, Pan Macmillan, London, 2017

aphrodite with cross

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pokój Narodzin i Śmierci, część 2.

Kiedy pozostali członkowie rodziny czekali na swoją kolej, daba stojący przy trumnie podjął rozdzierająco zawodzącą pieśń w molowej tonacji i kontynuował ją recytując z kartki imiona i nazwiska członków rodziny A My. Wyliczenie wszystkich krewnych zajęło mu wieczność, po której przeszedł do dalszych inkantacji starożytnych tekstów.

„Moim zadaniem na pogrzebie jest otwarcie drogi dla duszy zmarłego aby jej ułatwić podróż do Sina-Anawah“ powiedział mi pewien daba, z którego udało mi się we wcześniejszej rozmowie wyciągnać bardzo ciekawe informacje o szamanistycznych praktykach podczas ceremonii pogrzebowej.

Stos pogrzebowy. Zdjęcie pochodzi z portalu thekingdomofwomen.co.uk

„Słowa, które śpiewam, pomagają poprowadzić duszę z powrotem do miejsca, z którego my, Mosuo, pochodzimy. Śpiewam je aby chronić drogę i ostrzegać duszę przed wszystkimi możliwymi niebezpieczeństwami i zagrożeniami podczas podróży. Mówię duszy, żeby się nie lękała, mimo tego że droga do Sina-Anawah może być trudna i zdradliwa. Mówię duszy, że może się zabłąkać na ścieżkę dzikich zwierząt i zagrażających złych duchów. Będę śpiewać, aby pomóc duszy uniknąć tych pułapek. Mówię też duszy, że kiedy dotrze do Sina-Anawah znajdzie tam nowe życie i wróci do rodziny z powrotem, aby jej pomóc.“

Na podwórku tłoczyli się sąsiedzi i przyjaciele rodziny. Ochotnicy z kręgu przyjaciół A My zaczęli podawać kolację z dań przygotowanych przez różne rodziny z wioski.

Ta scena z pierwszej nocy pogrzebu A My była powtarzana codziennie przez dwa tygodnie aż do wigilii kremacji. Przedostatnia noc była kulminacyjnym punktem w obrzędach pogrzebowych i zgodnie z wierzeniami Mosuo była tym momentem kiedy dusza osiągnęła ostatni etap zdradliwej i niebezpiecznej ścieżki do starożytnej krainy Sina-Anawah.

Aby pomóc duszy A My w przezwyciężeniu niebezpieczeństw pojawiających się na jej drodze, daba zajął główne miejsce na podwórku i zabrał się do odegrania niezwykłego szamańskiego rytuału mającego wesprzeć odchodzącą duszę. Daba ubrany od rana w ten sam kolorowy, tradycyjny szamański strój skinął na grupę oczekujących męskich członków rodziny aby do niego podeszli. Pierwsza para wysunęła się na czoło. Daba pomógł im założyć archaiczne skórzane zbroje i ozdobione piórami nakrycia głów oraz wręczył im miecze i sztylety. Teraz para wyglądająca na wojowników z minionych wieków zaczęła dziki taniec wokół dziedzińca, goniąc urojone duchy i wydając okrzyki wojenne, wymachując mieczami w walce przeciwko niewidzialnym, dzikim zwierzętom oczyszczając w ten sposób ostatni odcinek drogi, którą dusza miała pokonać.

Po tym jak pierwsza para skończyła swoje przedstawienie, następna para ochotników zajęła ich miejsce zakładając ich ubrania i odgrywając tę samą scenę. Nieustannie, na zmianę kolejne pary wojowników kontynuowały walkę z czyhającym w ciemnościach złem. To godzinne, niezwykłe przedstawienie tradycyjnego tańca udowodniło mi jak bliskie sercu Mosuańczyków były stare, pogańskie zwyczaje. Owe dzikie podwórkowe sceny były równoważone spokojnymi, śpiewnymi recytacjami buddystycznych lamów, którzy w swoich szafranowo-bordowych szatach siedzieli wewnątrz domu. Jako niezbędny element każdego mosuańskiego pogrzebu, święci mężowie Buddy pomagali swoimi recytacjami prowadzić duszę A My do reinkarnacji. Słuchając szalonego hałasu na zewnątrz słyszałam coraz głośniejszy pomruk śpiewów w tle. Rzuciłam okiem przez szparę w drzwiach i zobaczyłam dużą grupę lamów, intonujących coraz głośniej aby zagłuszyć konkurencję dabów.

Zastanowił mnie ten obrazek, dwie wiary rywalizujące między sobą w wykonaniu swoich różnych wersji pożegnania duszy, ale jednocześnie siedzące ramię w ramię przez całą tę ponurą noc. To mówiło wszystko o powściągliwym zrozumieniu i wzajemnej tolerancji dwóch stron lokalnych religijnych odłamów. Nie było między nimi konfliktu, ponieważ ambiwalentni z natury Mosuańczycy bezproblemowo zaadaptowali nowy Buddyzm nie rezygnując jednocześnie ze swojej pogańskiej przeszłości. Każda mosuańska rodzina zawsze zaprasza obydwie religijne grupy na pogrzeby.

Wymęczeni i brudni krewni, jako że Mosuańczycy nie myją się i nie obcinają włosów podczas całego okresu żałoby, zostali na ostatnią noc czuwania, aby dotrzymać towarzystwa odchodzącej duszy. Nocne czuwanie zmieniło się w energiczny poranek, wszyscy przygotowywali się do odegrania swoich roli w końcowym spektaklu, który rozpoczął się z brzaskiem dnia.

Dzień przed kremacją mężczyźni skonstruowali małą replikę domu z bali na polu u podnóża góry, niedaleko wioski A My. Niewielka budowla, wystarczająca na zmieszczenie trumny A My, przypominała typowy mosuański dom zbudowany z sosnowych bali łączonych na wręby. W związku z tym, że był to pogrzeb kobiety konstrukcja była wysoka na siedem belek, w wypadku mężczyzny replika domu miałaby dziewięc belek.

W domu jeden z braci Gumi przebrał się za woźnicę i zaprzągł konia. Woźnica wraz z koniem czekali potem przed bramą aby poprowadzić kondukt pogrzebowy. Napięcie zaczęło rosnąć kiedy mężczyźni rozwinęli białe płótno na ziemi jak chodnik prowadzący od głównych drzwi przez całe podwórko aż do bramy wejściowej.

Nadszedł już czas.

W pokoju babci, dyskretnie zasłaniani przez ruchomą płócienną zasłonę, synowie A Ma weszli do pokoju narodzin i śmierci. Razem wynieśli, przeciekający już worek z ciałem do pokoju babci. Uroczyście podnieśli go i umieścili w kwadratowej trumnie, wkładając tam również jej ubrania i położyli na nim wieko.

Ustawiając się w dwa szeregi po obu stronach, synowie podnieśli drągi, na których była ustawiona trumna, na ramiona. Powoli wynieśli ją z domu na podwórzec, na którym oczekiwały ich grupy rodziny i znajomych klęczących po obu stronach białego płótna. Synowie ostrożnie balansowali trumnę nad głowami krewnych. Kiedy przechodzili nad żałobnikami przydarzyła się niezwykle wzruszająca scena. Każdy z klęczących zaczął krzyczeć i szlochać i wołać osobiste pożegnania do A My opuszczającej dom. Kondukt doszedł do bramy, gdzie syn-woźnica pociągnąl wodze konia i skierował go na czoło konduktu. Nagle zaczęły wybuchać głośne petardy, słychać było uderzenia gongu. Niesiona wysoko trumna podążała za koniem, a za nią uformował się długi orszak żałobników, którzy powstali z kolan i opuścili podwórzec. Znowu parę petard wybuchło aby odgonić złe duchy.

Cała grupa zeszła raźno w dół po zboczu pagórka do miejsca wyznaczonego na kremację. Niosący trumnę synowie postawili ją obok drewnianej konstrukcji, repliki ich domu. Niezwykle szybko, osłaniając cała operację przed kobietami i dziećmi parawanem, przenieśli worek z ciałem i złożyli go w domku. Potem roztrzaskali pustą trumnę na małe kawałki i włożyli je do drewnianej repliki, ostatniego miejsca spoczynku A My.

Gumi wraz z innymi kobietami i dziećmi położyły się przed stosem A My na gołej ziemi i zaczęły szlochać i wykrzykiwać ostatnie pożegnania, podczas gdy mężczyźni stali obok ze stoickim spokojem z opuszczonymi głowami. Wszyscy bili pokłony zmarłej po raz ostatni. Po jednej stronie lamowie siedzący w dwóch szeregach zaczęli pożegnalne recytacje, dzwoniąc dzwoneczkami i kropiąc święconą wodą. Kiedy ich charakterystyczne, patetyczne basy ucichły po ostatnim refrenie, młody mnich zapalił na długiej chochli tłuszcz z masła jaka i podbiegł do stosu podkładając ogień pod strukturę z belek. Pierwsze płomyki szybko popełzły w górę stosu, który błyskawicznie stanął w ogniu. Zapalenie ognia było ważnym sygnałem dla Mosuo, którzy wiedzieli, że właśnie w tym momencie dusza A My odłączyła się od ciała aby ulecieć w przestworza w drodze do reinkarnacji.

Teraz ceremonia dobiegła końca. Skończyły się pożegnania i płacze, już nic nie pozostało do zrobienia. Wypadało się zbierać. Nadszedł czas aby krewne odwróciły się plecami do tak przez nich ukochanej osoby. Gumi wraz ze wszystkimi kobietami i dziećmi podniosła się i odeszła. Można było A Mę zostawić teraz samą na jej drodze do Sina-Anawah. Zostałam jeszcze, żeby posłuchać lamów recytujących ostatnie modlitwy przy palącym się stosie. Mężczyźni też zostali, czekali aż ogień się wypali do końca przed uprzątnięciem paleniska.

Ostatni obrządek odbył się następnego rana, kiedy synowie A My powrócili na miejsce kremacji zebrać jej popioły. W szóstkę wspięli się potem na wzgórze i wysypali je na wiatr.

Choo Waihong, The Kingdom of Women, Life, Love and Death in China’s Hidden Mountains, I. B. Tauris, London, New York, 2017, str. 181-186

 

 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Pokój narodzin i śmierci

Poniżej zamieszczam tłumaczenie pierwszej części rozdziału książki Choo Waihong o „Pokoju Narodzin i Śmierci”.

W każdym domu jest specjalny pokój, w którym Mosuańczycy zaczynają życie i do którego powracają po jego zakończeniu, aby czekać na pogrzeb. Nosi nazwę „pokoju narodzin i śmierci“, i jest niewielkim kamiennym pomieszczeniem przy pokoju babci, w którym rozgrywa się cykl życia każdego Mosuo. Dawniej, kiedy jeszcze nie było nowoczesnych szpitali w wioskach, ciężarna kobieta udawała się do „pokoju narodzin i śmierci“ na poród. Tam oczekiwała na to wielkie wydarzenie. Dzisiaj Mosuanki nie rodzą już dzieci w tym pokoju w ten przestarzały sposób, ale ja chciałam sobie wyobrazić jak to się odbywało dawniej.

„Czy to prawda, że Mosuanki tradycyjnie rodziły w kuckach a nie na łóżku?“ zapytałam Gumi po znalezieniu tej informacji w jakiejś książce. „Nie wiem“ powiedziała. „Ja urodziłam na łóżku z pomocą mojej matki i położnej“. (W związku z tym, że Choo Waihong nie mogła się dowiedzieć dokładnie jak odbywał się poród w owym pokoju, snuje dalej swoje wyobrażenia o tym jak mógł wyglądać. I chociaż, prawdopodobnie jej fantazje mogłyby częściowo odpowiadać rzeczywistości, wolę ten epizod pominąć i przejść do faktów, których była naocznym świadkiem)

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam otwarte drzwi do „pokoju narodzin i śmierci“ było to wtedy, kiedy matka Gumi, A Ma umarła. Przez ostatnie dziesięć lat, odkąd jej axia partner zmarł, A Ma podupadała powoli na zdrowiu. Od czasu zapadała na poważne choroby, leżała w łóżku, traciła apetyt i pogrążała się w cichej niemocy.

Za każdym razem kiedy chorowała, jechałam do Baju, żeby posiedzieć trochę z A Mą. Kiedy weszłam pierwszy raz do pokoju babci, zastałam wszystkie jej ośmioro dzieci, również ze swoimi axias. Gumi jak zwykle kręciła się wokół A My, karmiąc ją jakąś ryżową papką, która ugotowała nad paleniskiem. Erchima ocierała jej czoło i usta i myła jej ręce po skromnym posiłku. Po drugiej stronie paleniska Zhaxi siedział z dwoma braćmi i zapalał A Mie papierosy, na które miała chętkę nawet w chorobie. Na podwórku Jizuo rąbał drewno na wiele następnych dni. Okazało się, że wszystkie dzieci porzuciły swoje zajęcia, aby powrócić do domu i być z nią.

Pogrzeb A My. Zdjęcie pochodzi z blogu thekingdomofwomen.co.uk

„Jak długo tu jesteś?“ zapytałam Jizuo.

„Siedem dni“ odpowiedział.

„Zostaniesz jeszcze?“

„Tak. Poczekam aż jej się polepszy“.

Dzieci A My zmieniały się przy jej łóżku pocieszając ją, czasami siedząc godzinami przy jej boku. Kiedy spała, towarzystwo ucinało pogawędki, rozprawiało o różnych sprawach, żeby zabić czas. Ktoś opowiedział kawał, inny rozdawał karty, żeby się nie nudzić. Długie, wieczorne czuwanie było przerywane otwieraniem kolejnych słojów domowego wina kwantan. Kiedy nadchodziła noc, wszyscy zasypiali obok siebie na naprędce przygotowanych posłaniach w pokoju babci.

Kiedy, podczas jednego z takich spotkań dałam wyraz swojemu zdziwieniu, i zapytałam się o powód zbierania się całej rodziny przy łożu chorej, Zhaxi odpowiedział krótko i prosto: „Jedyne co możemy zrobić jako dzieci to zostać przy niej i towarzyszyć jej, bo to może być jej ostatnia podróż na ziemi“.

I synowie i córki A Ma właśnie to robili dotrzymując jej towarzystwa dzień i noc kiedy siły ją opuszczały w ostatnich tygodniach jej życia. Byli przy niej, kiedy wydała ostatnie tchnienie. Również wspólnie zorganizowali się, aby zapewnić jej godne pożegnanie.

Pogrzeb A My, podobnie jak wszystkie mosuańskie pogrzeby, był niezwykły. Jest jedynym rytuałem, który nie został zmieniony przez czas i należy do najważniejszych ceremonii w życiu człowieka. Mosuo bardzo szanują obrządek pogrzebu dla swoich bliskich zmarłych, a oddawanie czci zmarłej matce jest wyjątkowym wydarzeniem. Nie żałuje się wydatków na skomplikowane ceremonie, które mogą trwać tygodnie, czasem nawet miesiące. A Ma miała szczęście, że miała sześciu synów wśród wielkiej grupy ośmiorga dzieci, ponieważ tylko Zhaxi, Jisuo i czterech innych chłopców brało udział we wszystkich czynnościach, które dotyczyły dotykania ciała A My od czasu jej śmierci aż do kremacji. Pamiętajmy że jesteśmy w Królestwie Kobiet, w którym Gumi, jej starszej siostrze oraz innym kobietom w rodzinie nie wolno zbliżać się do śmierci. (Kobiety Mosuo nie mogą również zabijać zwierząt, to jest wyłącznie męskie zadanie. Przypis mój)

Wszyscy bracia zgromadzili się w pokoju babci i Zhaxi przejął dowództwo nad wypełnieniem odwiecznych rytuałów. Trzymając matkę w ramionach zaczął ją obmywać jeszcze przed wystąpieniem rigor mortis oblewając z namaszczeniem jej ciało i twarz przepisowymi siedmioma miseczkami wody. W wypadku śmierci ojca Zhaxi musiałby polewać jego ciało wodą z dziewięciu miseczek. W tym czasie daba (dabaizm jest pierwotną religią Mosuo, współegzystującą z buddyzmem. Przypis mój) przyłączył się do nich i zaczął intonować starożytne inkantacje, mające wspierać duszę A My aż do czasu jej kremacji.

„Nie jesteś jeszcze czysta“ śpiewał daba „trzeba cię umyć przed twoją podróżą do Siny-Anawah, do twoich przodków“. Przywołując Sinę-Anawah daba odnosił się do mosuańskiego raju. Jest to mityczne miejsce, z którego przybywa każda dusza, i do którego każda dusza odchodzi, aby czekać na reinkarnację do nowego życia. Wszystkie obrzędy grzebalne Mosuo są związane z tym pojęciem. Daba recytował a Zhaxi wraz z braćmi układali ciało A My w pozycję embrionalną, tak aby była gotowa na narodzenie w macicy przyszłej matki. Zgięli jej kolana i złożyli jej skrzyżowane ręce na goleniach aby sztywniejące ciało zachowało przygiętą formę. Potem ułożyli jej ręce jak do modlitwy i obwiązali ciało sznurem. Na koniec bracia podnieśli ciało i ułożyli je w sporym lnianym worku. Zhaxi związał go mocno na górze, tym samym kończąc tę część rytuału. Teraz nastarszy syn A My otworzył drzwi do pokoju narodzin i śmierci. Inni synowie przenieśli ciało przez drzwi i ułożyli na podłodze w zagłębieniu wcześniej wykopanym w ziemi. W tym przejściowym grobie ciało miało pozostać aż do czasu kremacji.

Wszyscy czekaliśmy całe popołudnie na grupę duchownych z tybetańskiego, buddyjskiego klasztoru, którzy mieli zadecydować, który dzień mógłby być najbardziej pomyślny na ostateczną ceremonię. Ta wiadomość pojawiła się wraz z dwudziestoma lamami, którzy orzekli, że kremacja A My odbędzie się za siedemnaście dni. Lamowie buddyjscy byli głęboko pogrążeni w śpiewnych recytacjach sutr w pomieszczeniu obok pokoju babci, oświetlonym dziesiątkami kaganków, kiedy wróciłam wieczorem do domu zmarłej. Kiedy weszłam na podwórzec znajdował się tam tłum ludzi przybyłych z daleka i bliska aby złożyć kondolencje. Musiałam się przeciskać między ludźmi do pokoju babci gdzie akurat zaczynał się wieczorny rytuał. Byłam zaskoczona jak szybko ten prosty pokój zmienił się w oficjalną salę pogrzebową. Niedaleko buddyjskiego ołtarza zostało umieszczone podium, na którym stała duża, ale lekka kwadratowa drewniana skrzynka, pomalowana w lokalne symboliczne motywy na czarnym tle. Na początku nie domyśliłam się co to jest. Oczekując długiej, prostokątnej trumny, do której składa się nieboszczyka w pozycji horyzontalnej nie skojarzyłam owej kwadratowej, wysokiej skrzyni z trumną Mosuo. Ciała A My nie było jeszcze w trumnie, spoczywała nadal w pokoju narodzin i śmierci. Zrozumiałam, że trumna pozostanie pusta do dnia kremacji.

Oczywiście A Ma nie mogła opuścić tej ziemi nie zabierając z sobą swoich najprzedniejszych ludowych kostiumów. Wisiały na drągu nad trumną, gotowe na włożenie ich ze zmarłą do trumny przed spaleniem.

Przed trumną postawiono stół, który miał służyć jako ołtarz na daniny. Na nim potomkowie zmarłej umieszczali codziennie trzy potrawy, wino kwantan i papierosy. A Ma nie powinna być głodna podczas swojej długiej podróży do Sina-Anawah.

Dzieci i wnuki, jedno po drugim, klękały i biły pokłony przed trumną. Widziałam Gumi i moich chrześniaków podchodzących do trumny, płaczących i modlących się przed nią. Gumi szlochała rozdzierająco kiedy uklękła przed symbolicznym przedstawieniem jej matki i musiała być uspokajana przez dwie kobiety z rodziny. Ladzu pamiętała o tym by nalać kwantan do kubka na stole i wskazując jedzenie zaprosić ducha A My do posiłku. Gumi uspokajając się zaczęła recytować: „Dziękuję ci A Ma za opiekę nad nami podczas twojego całego życia. Najedz się dobrze przed długą podróżą do Sina-Anawah. Oby nasza rodzina żyła w zdrowiu i pokoju po twoim odejściu“.

Choo Waihong, Królestwo Kobiet, Choo Waihong, The Kingdom of Women, Life, Love and Death in China’s Hidden Mountains, I. B. Tauris, London, New York, 2017, str. 175-181.

 

 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano | Dodaj komentarz

Królestwo kobiet

Po długoletniej karierze prawniczki w wielkich korporacjach Singapuru, Londynu i Nowego Yorku Choo Waihong zdecydowała, że ma dosyć piętnastogodzinnych dni pracy i nieustającego stresu. Zarabiała sporo pieniędzy i cieszyła się ich wydawaniem. Lubiła jeździć Porsche convertible, artykuł o jej luksusowym apartamencie pojawił się w lifestylowym czasopiśmie, w weekendy spotykała się ze swoimi przyjaciółmi we wszystkich stolicach świata w najlepszych restauracjach. Po kilkunastu latach poczuła, że musi zwolnić tempo i zastanowić się nad przyszłością. Zdecydowała się poznać lepiej kraj swoich przodków, Chiny. Przypadkowo wpadła na informację o malowniczym jeziorze Lugu w zachodniej części Chin i matriarchacie Mosuo, zamieszkujących jego brzegi. Natychmiast spakowała walizki. Poznanie jednej z niewielu istniejących jeszcze grup matriarchalnych na świecie stanowiło dla niej, feministki i kobiety zainteresowanej kobiecą historią, niezwykłą gratkę.

Choo Waihong wybrała ciekawy moment na odwiedzenie Mosuo, trafiła na coroczny festyn ku czci Bogini Gemu (spotyka się różne pisownie imienia Bogini, np. Gan Mu, ja zostanę przy wersji autorki), na którym spotykali się wszyscy mieszkańcy okolicznych wiosek. Bogini Gemu jest obecna w krajobrazie pod postacią wielkiej góry nad Jeziorem Matki, Lugu, powstałym z jej łez. Mosuańczycy widzą w górze sylwetkę leżącej kobiety. Choo szybko nawiązała kontakt z tubylcami, na początku z dziećmi, potem z dorosłymi. Zaproszono ją do wspólnej biesiady, która zakończyła się jej przyjęciem do mosuańskiej rodziny, jedna nastolatka zapytała ją po prostu, czy nie zechciałaby zostać jej chrzestną matką, Ganmą.

Żyjąc z Mosuo

Ostatnie siedem lat Choo Waihong spędziła wśród Mosuo. Była w wyjątkowo uprzywilejowanej sytuacji, o wiele lepszej niż wielu antropologów i etnologów przed nią. Należała bowiem do rodziny i dzięki temu mogła uczestniczyć we wszystkich ważnych obrzędach i życiu codziennym. Porozumiewała się swobodnie z Mosuo w języku mandaryńskim, z biegiem czasu nauczyła się podstaw mosuańskiego. Od tybetańskiego lamy dostała mosuańskie imię „Ercher Dzuoma“, „Ercher“ czyli „cenna, droga“ a „Dzuoma“ to objawienie Zielonego Buddy. Jeden z członków jej „rodziny“ zaproponował jej zbudowanie domu. Przepiękny drewniany dom został postawiony w rekordowym czasie, przy pomocy sąsiadów i rodziny, bez użycia ani jednego gwoździa. Odbiegał strukturą od tradycyjnych, mosuańskich czworobocznych domostw z podwórkiem pośrodku, ale znajdował się w nim tzw. pokój babci, specjalnie udekorowany najważniejszy pokój z miejscem na piec i ołtarz dla lokalnych bóstw. Choo Waihong nie zrezygnowała przy tym z luksusu posiadania łazienki oraz wygodnej kuchni, co nietrudno zrozumieć. W jednym zabawnym epizodzie opisuje swoje przygody z typową toaletą w starych domach, czyli po prostu wyznaczonym kawałkiem podwórka pod gołym niebem.

Autorka mogła również uczestniczyć w codziennej pracy mosuańskiej rodziny. Jej doświadczenia są charakterystyczne również dla innych grup matriarchalnych i ilustrują przykład ekonomicznej subsystencji, czyli gospodarki uprawnej, przeznaczonej głównie dla własnej rodziny, w której nadwyżki produkcji idą albo na wymianę międzysąsiedzką, albo są sprzedawane. W owych gospodarkach utrzymywała się równowaga materialna pomiędzy rodzinami. Nikt nie głodował, nędza była rzadka, nawet przy klęskach nieurodzaju, ponieważ nie dopuściłaby do tego społeczność. W ważnych pracach polowych, jak np. zasadzanie czy zbieranie ryżu pomagali rodzinie wszyscy sąsiedzi. Pojęcie solidarności i pomocy międzyludzkiej nie musiało być uczone i wpajane w szkołach, było wyssane z mlekiem matek. Jednym ze stałych elementów utrzymywania równowagi ekonomicznej były również niezliczone imprezy, w których uczestniczyli niemal wszyscy. Tu następowała wymiana towarów, goście byli zobowiązani do przynoszenia prezentów (głównie żywności) na miarę swoich możliwości, gospodarze gwarantowali obfity poczęstunek. Oprócz tego sąsiedzi wymieniali się na codzień dobrami, wypożyczało się nie tylko sól, czy cukier, ale również skutery i samochody. Choo musiała, choć niechętnie, zgodzić się z tym, że kiedy wyjeżdzała do Singapuru, jej nowy samochód pozostawiony pod opieką Zhaxi był używany przez wszystkich potrzebujących z okolicy.

Małżeństwa odwiedzinowe

(Pod zakładką „Matriarchat“ na tym blogu znajduje się sporo wiadomości o małżeństwach odwiedzinowych Mosuo oraz o strukturze matriarchalnego klanu i matrylinearności, czyli dziedziczenia w linii żeńskiej – pominę więc wyjaśnienia w tym tekście.)

Choo jest zachwycona systemem rodzinnym Mosuo, ale jednocześnie zaskoczona tak odmienną koncepcją życia od dobrze jej znanej patriarchalnej, chińskiej rodziny. To są zupełnie odmienne światy. Patrząc na matriarchinię mosuańskiej rodziny, zarządzającą gospodarką, decydującą o wydatkach, autorka wzdycha na myśl o sytuacji chińskich kobiet na wsi. Pracują bardzo ciężko, ale nie mogą decydować o niczym, cała władza należy do mężczyzny, tylko jego słowo się liczy. Nawet jeżeli zarządzają finansami to nie robią tego samodzielnie, ostatnia decyzja należy do męża. Urodziny chłopca są wielkim szczęściem dla rodziny, ponieważ nazwisko rodzinne jest przekazywane wyłącznie w męskiej linii. Męski potomek jest również zobowiązany do opieki nad rodzicami. Choo jest zafascynowana swobodnym życiem seksualnym Mosuanek, wolności niewyobrażalnej wręcz wśród patriarchalnych Chińczyków. Samotna matka jest u nich hańbą dla całej rodziny. Po ślubie Chinka musi pozostać wierna mężowi inaczej spotka ją społeczny ostracyzm. Jej mąż może sobie pozwolić na kochanki i nikt nie powie o nim złego słowa. Ojciec Choo, zamożny człowiek, miał parę równoległych związków w innych miastach oraz był ojcem paru nieślubnych dzieci, jej matka zajmowała się domem i dziećmi i pokornie czekała na powrót męża. Trudno mi w tym kontekscie męskiej wolności zrozumieć fascynację Chińczyków swobodą seksualną Mosuanek. Tysiące chińskich turystów przybywa codziennie nad jezioro Lugu, podziwia piękno krajobrazu, pieśni i tańce, ale najbardziej ich interesuje czy rzeczywiście kobiety śpią z kim popadnie. To dla nich powstały burdele, w których Chinki przebrane za Mosuanki, ale i również same Mosuanki zaspokajają fantazje erotyczne chińskich mężczyzn. Połączenie pruderii z rozwiązłością wydaje się być immanentną cechą patriarchatu.

Choo podoba się brak fałszywej zalotności i certowania się w stosunkach męsko-damskich. Czas zalotów jest stosunkowo krótki, z inicjatywą wychodzą po równo obie płcie. Dziewczyny zakładają swoje piękne stroje i bogate przybrania głowy tylko na specjalne okazje, na codzień chodzą w wygodnych, roboczych ubraniach, nie malują się i nie zwracają wielkiej uwagi na wygląd. Autorka, ku mojemu ubolewaniu, nie zdradziła własnych przygód z lokalnymi axias (odwiedzającymi kochankami). Opisała za to dokładnie, na czym polega podrywanie przez Mosuańczyka, które trwa dosyć krótko, zaczyna się od serii zalotnych spojrzeń, przechodzi do flirtu i głębokich spojrzeń i kończy się pytaniem „czy mogę tej nocy przyjść do twojego pokoju?“. Mimo dyskrecji Choo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś tam jednak więcej się zdarzyło z tym największym Don Juanem całego regionu, Zhaxi. Zbyt często wspomina jego urodę, spryt i wiele rozmaitych talentów. No cóż, tak jak prawdziwe Mosuanki wykazuje daleko idącą powściągliwość w opowiadaniu o własnych erotycznych przygodach.

Dziewczyny imprezują. I chłopcy też.

Mosuanki są skromne i raczej wycofane kiedy spotykają obcych. Kiedy są między sobą zmieniają się nie do poznania. Śmieją się donośnie, opowiadają kawały, wypijają spore ilości alkoholu. Mosuanki ubóstwiają imprezy i jeżeli zaczynają balować to idą na całość do białego rana. Szaleją bardziej niż mężczyźni. Przyszywana kuzynka z Singapuru musiała się bardzo starać, aby dotrzymać im kroku. Do dzisiaj wspomina morderczą, całonocną wędrówkę po barach i klubach z okazji Dnia Kobiet. Również parapetówkę, na którą zaprosiła w południe dwadzieścia osób do swojego nowego domu. Oczywiście zamierzała ugościć ich obiadem. Jednak Mosuo chętnie zabierają ze sobą innych członków rodziny i w końcu koło czterdziestu osób zjawiło się w domu Choo. Goście, zgodnie z tradycją zjawili się z workami ryżu, paroma żywymi kurami, masłem, jajkami, solonym mięsem oraz niedawno zarżniętym prosiakiem. Przerażona Choo poprosiła o pomoc kobiety, które zajęły się przygotowywaniem uczty. Goście jedli i pili, zmieniając się przy stołach, które nie mogły wszystkich pomieścić na raz. Naiwna gospodyni liczyła na to, że po lunchu goście sobie pójdą. Nic bardziej błędnego, biesiada się dopiero rozpoczęła, piwo i lokalny bimber płynęły strumieniami. Kiedy zrobiło się ciemno jedna z Mosuanek zaproponowała pomoc przy gotowaniu kolacji. Przyjęcie zakończyło się dobrze po północy. Ciekawa jestem czy Choo pozwoliła gościom palić w swoim domu, czy wypraszała ich na werandę. Prawdopodobnie nie odważyła się, ponieważ odebrano by to jako wielką obrazę. Właśnie leciwe mosuańskie matriarchinie lubią sobie zapalić…

Mosuanki cenią dobrze wyglądających, dobrze zbudowanych mężczyzn. Zamożność partnera nie odgrywa żadnej roli, ponieważ i tak zostanie on w rodzinie swojej matki i nie przyłączy się do rodziny wybranki. A więc uroda decyduje. Mężczyźni Mosuo dbają o swój wygląd, każdy stara się wyglądać najlepiej. Są bardzo macho a jednocześnie bardzo opiekuńczy w stosunku do dzieci swoich sióstr. Opieka nad niemowlętami i małymi dziećmi jest naturalnym zajęciem mosuańskich chłopców.

Smutek i wściekłość

Recenzja w Guardianie celnie komentuje wydźwięk książki: „Choo pojechała aby znaleźć spokój w zapomnianym zakątku świata, ale właściwie udokumentowała jego destrukcję“.

Kultura Mosuo stała się dobrze sprzedawanym towarem. Coraz więcej tubylców pracuje w przemyśle turystycznym zostawiając gospodarkę rolną. Coraz więcej ludzi w atrakcyjniejszych miejscowościach wzbogaca się pracując w restauracjach, zakładając hotele, produkując souveniry, podczas gdy w odległych wioskach ludzie utrzymują niski standard życia. Tym samym powstaje rozłam w tak zwartej do tej pory społeczności. Bogactwo korumpuje powoli ludzi, jest coraz więcej używek, wzrasta ilość chorób wenerycznych. Nawet coroczny festyn na cześć Bogini Gemu jest coraz mniej popularny. Choo wsparła finansowo ową imprezę aby chronić od upadku tę ważną tradycję. Stara się również popierać tradycyjną produkcję czerwonego ryżu przez znajdowanie rynków zbytu. Jeszcze parę lat temu obawiałam się wpływu chrześcijańskich misjonarzy w okolicy. Obecnie wydają się być mniejszym niebezpieczeństwem od powszechnej potęgi mamony.
Mosuo znajdują się obecnie na rozdrożu, pisze autorka, całkiem możliwe, że ich matriarchalna tradycja przestanie wkrótce istnieć. To co się nie powiodło nawet przywódcy Mao, może udać się maszynie konsumpcjonizmu. Ich matriarchalne zasady rozmyją się i zaginą podobnie jak u sąsiednich etni, Naxi, Miao, Bao i setek innych.

Niedawno oglądałam dwuczęściowy film dokumentalny „The Kingdom of Women“ wyprodukowany przez chińską telewizję o mitycznym państwie kobiet w zachodnich Chinach, położonym wśród niedostępnych gór i przepaści. W drugiej połowie filmu autorzy opowiadają o Mosuo, jako możliwych potomkach owego królestwa kobiet. Ani słowo nie pada na temat innych mniejszości w tym regionie, w których zachowały się jeszcze śladowo cechy matriarchatu. Wydaje się, że Chińczycy mają do tej pory problem z tak lekceważonymi przez nich dotąd „czarnym barbarzyńcami“. Nawet opowieść o młodej Mosuance, decydującej się na kochanka jest podlana romantyczno-pruderyjnym sosem. Dziewczyna ociąga się, okres zalotów jest wyjątkowo długi i dopiero po zgodzie obydwojga „rodziców“ kochanek odwiedza pokój dziewczyny. W tajemnicy oczywiście. Dopiero po pewnym okresie, w obecności swata (sic!) i rodziny, po wymianie prezentów związek zostaje oficjalnie zaakceptowany. I trwa do dzisiaj. Latami Dashi, z Mosuańskiego Centrum Kulturalnego komentuje: „moralne zasady społeczeństwa cenią powstrzymywanie się mężczyzn i kobiet od afer z innymi“. I na koniec wypowiedź młodej dziewczyny Drolmy, która jeszcze nie rozpoczęła życia erotycznego: „Nie chcę kontynuować tradycji. Myślę, że lepiej jest kiedy dwoje ludzi żyje wspólnie, pod jednym dachem“.

Coś tu się nie zgadza w tej nachalnej, szytej grubymi nićmi chińskiej propagandzie. Kobiety w społeczeństwie Mosuo nigdy nie musiały szukać akceptacji rodziny przy wyborze partnera. To była ich prywatna sprawa. Rzeczywiście ich kochankowie dyskretnie odwiedzali je nocą w ich „kwietnych pokojach“. Zgoda „rodziców“ obydwu rodzin i jeszcze w obecności swata to kolejny absurd. Nie ma rodziców u Mosuo, jest matka, ciotka, babcia i ewentualnie wujek. I dlaczego po rzekomej „zgodzie“ kochanek odwiedza dziewczynę w tajemnicy? Wypowiedź Latami Dashi jest też zadziwiająca, społeczeństwo mosuańskie nigdy nie miało zasad dotyczących wstrzemięźliwości seksualnej. Związki azhu mogły trwać bardzo długo, czasem nawet całe życie, ale mogły być również jednonocnymi przygodami. Posiadanie wielu kochanków było raczej powodem do dumy kobiety w społeczeństwie, w którym wierność i zazdrość nie odgrywała żadnego znaczenia. Wypowiedź Drolmy jest również tendencyjna i jakże pocieszająca dla chińskiego patriarchatu: „nieuporządkowane moralnie“ matriarchaty, z których udało się wycisnąć pod koniec mnóstwo pieniędzy, przerobić w skansen i wykorzystać ich surowce mineralne przeistaczają się powoli w jedynie słuszny i akceptowany system rodziny z dominującym patriarchą.

https://www.theguardian.com/books/2017/may/12/the-kingdom-of-women-by-choo-waihong-review-the-free-love-tribe-that-became-a-goldmine

Choo Waihong, The Kingdom of Women, Life, Love and Death in China’s Hidden Mountains, I. B. Tauris, London, New York, 2017

Portal o książce z dodatkowymi ilustracjami do poszczególnych rozdziałow: http://kingdomofwomen.co.uk/

W następnym wpisie zamieszczę tłumaczenie jednego z rozdziałow książki „The Birth-Death Room“.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Od kogo się zaczęło?

Source: Od kogo się zaczęło?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Od kogo się zaczęło?

Pobiegłam do Landesmuseum w Zurychu na wystawę o klasztorze w Einsiedeln (otwarta do 21.01. 2018) z nadzieją, że dowiem się czegoś więcej o początkach kultu Czarnej Madonny oraz o wyjątkowym krajobrazie mitologicznym rozciągającym się od Rapperswilu, przez Jezioro Zurychskie ze słynnymi wysepkami Ufenau i Lützelau, do góry Etzel oraz do Czarnolasu (Der Finstere Wald). Niestety. Pierwsza plansza wystawy głosi: „Wszystko zaczęło się od Meinrada“, mnicha, który przybył do do źródełka w Czarnolesie w IX w. i zbudował przy nim pustelnię oraz kaplicę. Ani jednego zdania nie poświęcono przyczynom, dla których mnich wybrał akurat to miejsce, ani słowa o kultach i tradycjach, które zastał.

landesmuseum

Landesmuseum w Zurychu. Na plakacie jedna z szat Madonny.

Jego historia jest opowiadana w paru wersjach. Meinrad, pobożny benedyktyński mnich z klasztoru w Reichenau, wzorem swoich poprzedników Fridolina, Gallusa oraz Kolumbana, udał się na górę Etzel nad jeziorem Zurychskim i założył tam pustelnię. Nie znalazł tam biedak spokoju, ponieważ ludzie przeszkadzali mu w kontemplacji. Udał się więc jeszcze dalej w głuszę do Czarnolasu, gdzie obok źródełka zbudował kaplicę. Jego towarzyszami były dwa kruki. W jednej wersji legendy uratował on dwa krucze pisklęcia przed sroką, w innej dostał je wraz z czarną rzeźbą Marii od tzw. „Leśnych Sióstr“. One miały również polecić mu zbudowanie kaplicy. Po paru latach przydarzyło się nieszczęście. Meinrad został zabity przez dwóch opryszków. Zbiegli do Zurychu, ale zostali dogonieni przez dwa kruki, które usiadły im na ramionach udowadniając tym samym ich zbrodnię. Kruki zostały uwiecznione na herbie miasta Einsiedeln (Pustelni).

meinrad

Meinrad z kielichem i chlebem. U jego stóp dwa kruki. W tle góra Etzel.

Królestwo Czarnej Boginii

Czarna Matka Ziemi, narodzin i śmierci, opiekunka źródełek i moczarów była czczona w tym okresie w okolicach jeziora Zurychskiego w czasach neolitu, brązu oraz częściowo w okresie celtyckim. Jednym z jej atrybutów był kruk. Nantosuelta, celtycka bogini wód, rodziny, dobrobytu jest przedstawiana często z krukiem albo psem. Kruk nie posiadał jeszcze wtedy negatywnego charakteru, mimo że jak wszystkie ptaki w symbolice celtyckiej (i praceltyckiej) przenosił dusze z tego do Tamtego Świata. Jego aspekt był dobrotliwy, towarzyszył często boginiom, które uzdrawiały. Kruki były kojarzone również z przepowiadaniem przyszłości. Wiele bogiń śmierci (n.p. Morrighan) mogło zamieniać się w kruki i pożerać szczątki zmarłych na polach bitwy. Również Stara Matka Cailleach o ciemnej twarzy przybierała postać kruka. W europejskiej folklorystyce roi się od Czarnych Bogiń, w Bretanii słynna Anna z Moczarów (Palude), przerobiona potem na chrześcijańską świętą, ale zachowywująca wszystkie aspekty wcześniejszej Terra Mater. Jej bliską kuzynką jest Czarna Anis. Oraz boginii Schwarzwaldu Abnoba (Abna), opiekunka źródeł termalnych, wód przynoszących płodność i zdrowie. Funkcje Czarnych Bogiń przejęły z czasem celtycko-rzymskie Matrony, a potem chrześcijańska Czarna Madonna.

Czarna Terra Mater z Einsiedeln przeżyła w lokalnym folklorze. Do dzisiaj podczas karnawału przez główną ulicę miasteczka przechodzi pochód czarnych diabłów z ogromnymi czerwonymi jęzorami i rogami wraz ze swoimi towarzyszkami – starymi kobietami. Diabły to zdemonizowani przez chrześcijaństwo leśni partnerzy Czarnej Bogini, ci wszyscy Dzicy Ludzie (Wilderman), rogaci Sylwani, Opiekunowie Zwierząt. Wcześniej wchodzili do Kościoła i tańczyli wokół czarnej marmurowej kaplicy Madonny, dziś wolno zatrzymać im się tylko przed drzwiami barokowej świątyni. Bogini i jej leśny partner przeżyli wspólnie również w okolicznych sagach, które opowiadają historie o diable i jego babci.

Źródło i kamień

Czarna Madonna w Einsiedeln pojawia się głównie jako źródlana Bogini. Liebfrauenbrunnen (Źródło Kochanych Pań) przed Bazyliką przyciąga do dzisiaj pątników z całego świata. Jego woda ma leczyć oraz dawać płodność. Fontanna ma 14 strumieni, niektóre legendy mówią, że tylko jeden ma cudowne właściwości, ale nikt nie wie który, więc dla pewności należy pić z każdego. Jednak pielgrzymi zatrzymujący się w Einsiedeln w drodze do Rzymu, Jerozolimy czy Santiago de Compostella nie wiedzą, że prawdziwe źródło znajdowało się pod marmurową kaplicą z Czarną Madonną. Niestety wyschło. Do fontanny przed kościołem doprowadzana jest zwykła woda. Meinrad nie postawił pustelni i kaplicy przypadkiem koło źródła. Zgodnie z job description wszystkich misjonarzy musiał zaanektować miejsce kultu pogańskiego. A to w Czarnym Lesie musiało być słynne na całą okolicę. Koło źródła stał niezwykły kamień z pięcioma zagłębieniami, w który można było włożyć palce, wiążąc się tym samym symbolicznie z bóstwem. Został on umieszczony koło głównego wejścia do Bazyliki w Einsiedeln. Niestety zniknął podczas napadu wojsk francuskich na klasztor w roku 1798. Kamienie z odciskami pięciu palców zasługują na osobny rozdział. W Niemczech są nazywane kamieniami diabelskimi, ponieważ odciski mają pochodzić od ręki diabła, który zamierzał się kamieniem na pobliski kościół. W wiosce Sennewitz niedaleko Halle podobny kamień miał leżeć pięćdziesiąt kroków od kościoła, w Gimritz kamień z odciskiem palców miał być rzucony przez diabła w kierunku kaplicy. Podobnie jak kamienie ze stópkami występują często w Europie i na świecie i w zależności od fantazji kolonizujących mnichów są związane albo z diabłem, albo czarownicą, albo z Marią i Jezusem. Odcisk palców na kamieniu w Einsiedeln miał pochodzić od Jezusa, który wraz z aniołami miał się pojawić w konsekracji kaplicy 14go września 948 roku. Istniał nawet oficjalny dokument kościelny o owym cudownym poświęceniu, nobilitującym kaplicę jako miejsce pielgrzymek. Do dzisiaj dzień 14 września (Konsekracja Aniołów) jest hucznie świętowany w Einsiedeln. Mimo tego, że wiarygodność owego „dokumentu” została podważona później przez dostojników kościelnych.

liebfrauen

Źródlo Kochanych Pań.

Zastanawiający jest również fragment opowieści o Meinradzie o spotkaniu tzw. Waldfrauen, Leśnych Kobiet, które poleciły mu zbudowanie kaplicy na źródle oraz przekazały rzeźbę Madonny. A więc zakon sióstr opiekował się tym miejscem wcześniej, to niby odludne miejsce, w którym mnich miał szukać spokoju było zamieszkałe. Możliwe, że przed chrześcijańskimi mniszkami było ono pod pieczą celtyckich druidek. Bliskim centrem kultu były dwie wyspy na jeziorze Zurychskim, Ufenau i Lützelau. Na Ufenau odkryto miejsce rzymskiego kultu dwóch bóstw, nieznanej bogini oraz Merkurego, będącego łącznikiem i podróżnikiem między światem ludzkim i zaświatami.

insel

Niezwykłe, magiczne wysepki Lützelau i Ufenau na Jeziorze Zurychskim. W tle góra Etzel.

Dlaczego czarna?

Do dziś ciemna karnacja wszystkich słynnych Madonn w Europie jest konsekwentnie zakłamywana przez kleryków. Wspominałam już o tym pisząc o Madonnie z Montserrat. Istnieją niezliczone wersje tłumaczące jej kolor. Czasami Madonny ratują wieś przed pożarem wchłaniając żar ognia w swoje ciało i czerniejąc. Inna wersja: Madonna była biała, ale zebrała wszystkie grzechy ludzkie na siebie i pociemniała. Najpopularniejsza wersja to wpływ dymu świec i sadzy. Nie wiadomo dlaczego dym ze świec osadza się tylko na figurze Madonny a nie na innych świętych…Istnieją również legendy o cudownym uratowaniu figury z płonącego kościoła, płomienie nie uszkodziły jej, ale zmieniły jej karnację. Czasami figura została pogrzebana w ziemi, odkryto ją po wielu latach poczerniałą. Kurt Derungs przytacza wyjątkowo oryginalną wersję opowiadaną przez zakonnicę w Owernii (Kurt Derungs, Geheimnisvolles Zürich, edition amalia, 2004, str. 208)

„W mieście Le Puy-en-Velay znajdują się dwie kultowe skały, osadzone w ziemi jak ogromne menhiry. Na wierzchołku jednej, Aigulhe, została zbudowana kaplica św. Michała. Druga nazywa się Corneille i na jej szczycie stoi ogromna, tronująca nad całym krajobrazem figura Marii z Dzieckiem. Kiedyś było to miejsce kultu z czarnym kamieniem, który dzisiaj znajduje się w katedrze w mieście, w jednej z nisz. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy jaką rolę odgrywa ten czarny kamień. W pobliżu znajduje się ołtarz z Czarną Madonną. Bliżej nie mogą być ze sobą, ów kamień i Madonna. Chodzi w tym wypadku o pradawne miejsce kultu poświęcone Anie (Ana), ponieważ jedna ze skał, owa Corneille, nazywała się wcześniej skałą Anis! Podczas oprowadzania jedna z zakonnic tłumaczyła, dlaczego Maria i Jezus są czarni. Obydwoje czuli się bardzo związani z okolicznymi ludźmi, głownie z winiarzami. Chodzili więc do winnic i pomagali w ciężkiej pracy w upale. Słońce paliło niemiłosiernie i w końcu Maria i Jezus opalili się na brązowo“. Na końcu tej barwnej opowieści nastąpiła puenta, której Kurt się nie spodziewał. Zakonnica przyznała, że owa Czarna Madonna to chrześcijańska przeróbka pradawnej czarnej Bogini Ziemi!

W Einsiedeln istniało parę figur Marii. Niektóre były jasne. Niemiecka Wikipedia dostarcza frapującej informacji o figurze: „Czarny kolor pochodzi od dymu świec i lamp palonych przed figurą. Podczas odnawiania figury w 1803 roku w Austrii, restaurator oczyścił drewno i pomalował je na cielisty kolor. Owa zmiana spowodowała wielkie niezadowolenie wśród ludności a więc przemalowano ją ponownie na czarno.“ https://de.wikipedia.org/wiki/Maria_Einsiedeln

madonny

Były różne te Madonny, jaśniejsze i ciemniejsze. Ale czarne wygrały!

Źródełko obraziło się na wierutne kłamstwa kleru i wyschło. Nie wysechł strumień setek tysięcy pielgrzymów, którzy od stuleci przybywają do klasztoru. Są wśród nich ludzie wielu wyznań, również hinduscy wyznawcy bogini Kali, dla których Czarna Pani jest jej wcieleniem. Jeden z nich podarował Czarnej Madonnie przepiękną biała szatę, wyszywaną drogimi kamieniami. Kolekcja szat Czarnej Matki jest imponująca, ma ich 34. Na wystawie pokazano kilka z nich. Oślepiający blask bije z pysznie haftowanych strojów. Bogactwo darów, monstrancji, kielichów ofiarowanych Bogini zapiera dech. I pomyśleć, kiedyś wystarczyło jej tylko źródełko i kamień. Zanim przybył Meinrad, od którego zaczął się chrześcijański Disneyland.

szaty

Olśniewające, migoczące kosztownymi kamieniami. Ta biała to prezent od hinduskiego fana Czarnej Madonny.

 

 

 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Tajemnicza Dama z Vix

„Nie rozśmieszaj mnie, Joffroy“ powiedział leciwy ksiądz z plebanii Sainte-Colombe, położonej w górnym biegu Sekwany, niedaleko od wykopaliska w Vix „twoimi opowieściami o pra-celtyckiej księżniczce. Byłem kapłanem w wojsku i znam życie. Kobieta, która kazała się pogrzebać tak wykwintnie i z tymi wszystkimi kosztownościami nie była uczciwą kobietą. Przyjacielu, to żadna księżniczka, to była bajzelmama najlepszego burdelu w protoceltyckiej Burgundii!“ (Robert Wernick). René Joffroy, nauczyciel filozofii, łaciny i greki w pobliskim Châtillon był zafascynowany archeologią. I to jemu, jak wielu amatorom przed nim, udało się w 1953 roku znaleźć jeden z najwspanialszych celtyckich pochówków Europy.

Figurka kobieca na kraterze z Vix. Kapłanka, bogini, czy wizerunek zmarłej Damy?

Szerokie pole położone na południowy wschód od wzgórza Lassois już od dawna interesowało badaczy. Rolnicy wykopywali na nim nieustannie fragmenty ceramiki, fibule i szpile. Zaczęto kopać na nim jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku, upewniając się że pole jest ogromnym cmentarzyskiem z wczesnego okresu kultury halsztackiej (okres od 1200 do 450 lat p.n.e.)

Joffroy stracił już wiarę, że natknie się na coś wyjątkowego kiedy pewnego poranka jego podniecony pomocnik zapukał do drzwi oznajmiając, że w miejscu gdzie kopali zobaczył część sporego naczynia z brązu. To był właśnie ten wielki krater, czyli dzban do wina. Krater (nazwa grecka, która oznacza: „ja mieszam“), był używany do mieszania wina z wodą. Biedny Joffroy, musiał jeszcze w szkole odbyć parę lekcji łaciny i greki zanim udał się na pole pod Lassois. Jak stwierdził Wernick to musiały być najdłuższe trzy godziny jego życia. Odkopując krater Joffroy i jego pomocnik powoli odkrywali całe bogactwo grobu. Wszystkie artefakty znajdują się obecnie we wspaniałym muzeum w Châtillon-sur-Seine.

1100 litrów! Podobno tylko Grecy pili rozcieńczone wino, Celtowie wzdragali się przed podobnym barbarzyństwem!

Krater z Meduzami

Kiedy weszłam do sali z kraterem zaparło mi dech. Nie oczekiwałam czegoś tak wspaniałego. Sądzi się, że powstał ok. 530-520 wieku p.n.e. Ma 1100 litrów pojemności, mierzy 1,64 m wysokości, czyli jest dokładnie mojego wzrostu. Szyję zdobi fryz z wizerunkami kwadryg i wojowników. Ma dwa uchwyty, zdobione Meduzami, czy Gorgonami z wywalonymi jęzorami, kłami, trzymającymi węże w rękach. Ich wężowe nogi rozkraczają się na wzór starożytnych syren, Baubo czy sheeli-na-gigs, pokazujących waginę. Istotnym, niemal niezauważalnym szczegółem są podłużne „buddyjskie“ znaki kropli na czołach Meduz co dla wielu badaczy wskazuje na wschodnie konotacje masek.

Na kraterze jest przykrywka zwieńczona figurką kobiecą, która stała się powszechnie znanym symbolem w Burgundii. W odróżnieniu od groźnych Meduz uśmiecha się dobrotliwie. Czy jest boginią, czy kapłanką? Może jest wizerunkiem Pani z Vix? Uczeni nie są całkiem pewni, skąd pochodzi krater, jedni wskazują na Sycylię, inni na Spartę, jeszcze inni widzą wpływy etruskie. Polska naukowczyni Janina Rosen-Przeworska (archeolożka, 1906-1991, doktorat w 1932 na Uniwersytecie Warszawskim) widzi w nim wpływy scytyjskie nawet, ponieważ konie przedstawione na fryzie mają wygląd koni Przewalskiego. Podobne figurki stepowych koni znajdują się na końcach ciężkiego, złotego diademu, który zmarła Dama miała na głowie. Krater przybył do Vix w częściach, został na miejscu złożony w całość. Prawdopodobnie był umieszczony na wzgórzu Lassois i używany był przy wielkich obrzędach i festynach okolicznej ludności. Archeolodzy zrekonstruowali budynek, tzw. pałac księżniczki na wzgórzu. Lassois jest wzniesieniem tzw. typu stołowego, nazywanego również „mesa“, wysokim na 300 m. z płaskim jak ogromny, owalny stół szczytem. Na wschód opasuje go wstęga Sekwany wraz z bogatym dorzeczem i terenami podmokłymi. To tam znajdowała się protoceltycka i celtycka nekropolia.

Złoty diadem ozdobiony skrzydlatymi konikami. Wskazuje na wpływy scytyjskie.

Kapłanka?

W następnym pomieszczeniu znajduje się rekonstrukcja grobu kobiety z Vix, która została pochowana prawdopodobnie w 5 w. p.n.e. Była złożona na wozie, którego cztery koła zostały zdjęte przed zamknięciem grobu i postawione pod ścianą. Na głowie miała właśnie ten półkilowy, złoty diadem, podobny kształtem do typowych celtyckich torques, okrągłych naszyjników. Rosen-Przeworska dodaje ciekawą informację o tym, że owe naszyjniki były początkowo noszone przez kobiety, dopiero w późniejszym, lateńskim okresie przejmują je mężczyżni. Czyżby znak na powolne tracenie znaczenia kobiet w społeczeństwie Celtów? Odziana w szatę z białego płótna kobieta była niezwykle bogato przystrojona. Tu oddaję głos J. Rosen-Przeworskiej: „… nosiła   po   cztery   bransolety   na   każdej   ręce. Trzy z nich były   z łupku,   a czwarta   z paciorków   bursztynowych   nanizanych na brązowy drut. Bransolety   z łupku   i paciorki bursztynowe   występują jeszcze na późnolateńskich   stanowiskach   celtyckich. Łupek   zapewne w młodszym okresie żelaza, podobnie jak bursztyn,   miał   znaczenie   amuletu, talizmanu. Ozdoby   z łupku   są bardzo charakterystyczne   dla   krajów bałtyckich i płn. Eurazji w neolicie   i epoce brązu. Idole z łupku   niekiedy spotyka się w Hiszpanii. Podobnymi amuletami,   talizmanami,   obwieszają się po dziś dzień szamani na Syberii. Jak wiadomo, bursztynowi   przypisywano własności lecznicze. Głównie nosiły je młode dziewczęta, jako środek zapewniający   płodność“.

Rekonstrukcja grobu Pani z Vix. Pod ścianą zdjęte koła.

Kobieta dostała na ostatnią drogę wiele wspaniałych naczyń, pucharów, mniejszych kraterów oraz amforę.

Niektórzy uczeni twierdzą, że krater został przesłany z Grecji w darze mężowi względnie ojcu kobiety a całe jej bogactwo to spuścizna po mężu. Dlaczego jednak nie został on umieszczony w innym, męskim pochówku? Istnieją poważne przesłanki, że ten prezent był specjalnie dla niej, ponieważ jej funkcja w społeczeństwie musiała być wyjątkowa. Wszystkie artefakty złożone zostały w symbolicznym porządku, nie były przypadkowym zbiorem złupionych czy podarowanych przedmiotów, ale stanowiły jedność semantyczną. Możliwe, że zostały przez kobietę odziedziczone po matce, według celtyckiego zwyczaju, w którym również tytuły królewskie były dziedziczone po matce a nie po ojcu.

Janina Rosen-Przeworska, powołując się również na badacza Eydoux stwierdza, że kobieta z Vix mogła być nie tylko scytyjskiego pochodzenia, ale „według wszelkiego prawdopodobieństwa kierowała obrzędami o charakterze rodzinnym, jak śluby, inicjacje, zaduszki, pogrzeby, a także obrzędami dorocznymi, związanymi z urodzajem“.

Kurt Derungs, etnolog szwajcarski zwrócił mi uwagę na inną cechę kobiety z Vix. Kiedy zmarła, miała ok. 35 lat, była więc, jak na tamtejsze czasy dojrzałą kobietą. Specjaliści dopiero niedawno przebadali dokładniej jej szkielet. Okazało się, że cierpiała na chorobę kości, prawdopodobnie utykała, albo miała skrzywiony kręgosłup. Była naznaczona fizyczną „innością“ co też predestynowałoby ją do wypełniania roli szamanki, uzdrowicielki.

Rekonstrukcja twarzy Damy z Vix

Lavau, czyżby znowu kobiecy grób?

Na terenie Francji, Niemiec i Austrii znajdowano niezwykle bogato wyposażone pochówki kobiece. Wspomina o nich m.in. Miranda Green w książce „Celtic Goddesses“.
Dwa lata temu, odkopano w Lavau bogato wyposażony grób ze szczątkami ludzkimi, pochowanymi koło 5 w. p.n.e. Lavau, w departamencie Aube, jest położony niedaleko Sekwany i rzeki Meldy, na północ od Châtillon-sur-Seine. Grób jest skromniejszą kopią tego z Vix, wóz pogrzebowy ma dwa koła i krater jest mniejszy a jego uchwyty są ozdobione głową Acheloosa, boga wód.

Naukowcom nie udało się jeszcze ustalić płci szkieletu, ale prasa (Daily Mail) już jest pewna, że to musiał być „książę“, ponieważ w grobie znaleziono miecz. Niekoniecznie. Strabon pisał o celtyckich kapłankach z białymi włosami, odzianych w białe, lniane szaty, które szły wraz z jeńcami, trzymając miecz w ręku. Prowadziły jeńców do srebrnych kotłów i nad nimi obcinały im głowy. Prawdopodobnie sam akt był przeprowadzany nie przez kapłanki, ale niewolników, Strabon chciał nieco podkoloryzować obrazek i postraszyć okrutnymi celtyckimi kobietami. Faktem jednak jest, że miecz mógł być również kobiecym atrybutem. Podczas gdy Daily Mail jeszcze się zastanawia, czy to grób kobiety czy mężczyzny Der Spiegel już wszystko wie i tytułuje artykuł „Luksusowy grób celtyckiego księcia“. Nie rozśmieszajcie mnie – pozwolę sobie sparafrazować wypowiedź równie wszystkowiedzącego księdza z Saint Colombe – takie luksusy wskazują, że to nie był żaden książę a najwyżej utrzymanek jakiejś znanej kapłanki, może właśnie pani z Vix?

Na kraterze z Vix – Meduzy, na tym z Lavau – Acheloos. Obydwa bóstwa związane z wodą, obydwa miejsca położone w pobliżu bogatych rozlewisk Sekwany. Wiadomo, że znaczenie i bogactwo centrum kultowego w Lassois było związane z dobrym połączeniem wodnym, to były szlaki komunikacyjne z Anglią i Hiszpanią. Ale rzeki, oprócz funkcji praktycznej miały znaczenie duchowo-religijne. Czy kobieta z Vix była również kapłanką rzecznej bogini, może Sekwany? Na to wskazują liczne pobliskie sanktuaria związane z kultem wody.

Green Miranda, Symbol and Image in Celtic Religious Art, Routledge, London and New York, 1989, New York.

Green Miranda, Celtic Goddesses, Warriors, Virgins and Mothers, British Museum Press, 1995

Bardzo ciekawy artykuł J. Rosen-Przeworskiej o pochówku z Vix oraz o możliwych scytyjskich powiązaniach z Celtami:

http://rcin.org.pl/Content/38239/WA308_39565_P319_Z-PROBLEMATYKI_I.pdf

Polecam artykuł zmarłego amerykańskiego dziennikarza Roberta Wernicka o grobie Vix. Robert Wernick jest moją pokrewną duszą. Zaliczał siebie do sciolistów, czyli ludzi o szerokiej, ale niestety powierzchownej wiedzy.

http://www.robertwernick.com/articles/Vix.htm

http://www.dailymail.co.uk/sciencetech/article-3131308/Does-France-s-2-500-year-old-royal-tomb-belong-prince-princess-Stunning-Celtic-complete-chariot-jewels-leaves-archaeologists-baffled.html

http://www.spiegel.de/wissenschaft/mensch/archaeologen-finden-grab-eines-keltischen-fuersten-in-lavau-a-1025306.html

Mont Lassois. Na nim stała rezydencja „księżniczki”, tam odbywały się narady, biesiady, cykliczne obrzędy.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Źródła w Burgundii

Parę dni temu odwiedziłam znowu jedną z najsłynniejszych bogiń rzecznych w Europie – Sekwanę, o której już pisałam (zobacz „Bretońskie źródełka“, listopad 2016). Ponownie obejrzałam jej wizerunek w muzeum w Dijon oraz w końcu dotarłam do jej źródła, do Source-Seine, położonego koło 60 km na północny zachód od Dijon. Na sporym terenie, wykupionym przez miasto Paryż, znajduje się romantyczny park z pieczarą z dziewiętnastego wieku z leżącą rzeźbą bogini. Przy jednej z alejek postawiono nową rekonstrukcję jej rzeźby z czasów gallo-rzymskich. Inne przedstawienie Sekwany znajduje się w muzeum archeologicznym w Dijon. Figura została umyślnie zdewastowana prawdopodobnie przez wczesnych chrześcijan, przede wszystkim pozbawiono ją głowy, normalna akcja odbierająca władzę pogańskim bogom, desekralizująca. Jej ręce zostały odrąbane, nawet jej piersi doznały ciosów. Podobnie postąpią z figurami świętych chrześcijańscy reformatorzy około 1300 lat później. Ciekawe, że piękna figurka Sekwany na łódce została specjalnie zakopana w ziemi. Czyżby kapłanka albo kapłan umyślnie schowała ją przed wyznawcami nowej wiary?

Rekonstrukcja rzymskiej Sekwany w parku koło źródła

Figura bogini, prawdopodobnie Sekwany, obecnie w muzeum w Dijon. Odrąbana głowa i ręce, skaleczone piersi

Źródła Sekwany to wielkie sanktuarium, w wilgotnej glebie niedaleko źródła znaleziono mnóstwo danin złożonych w podzięce dla bogini oraz wota błagalne. Około dwustu drewnianych figur przedstawiających ludzkie postacie, głowy, nogi, ramiona, symbole organów płciowych, wątroby, serca, oczu. Błagano ją o zdrowie dla siebie, dla rodziny, dla zwierząt domowych, ale również proszono o przyniesienie pecha nieznośnemu sąsiadowi. Znaleziono również dużo metalowych spinek, symboli, monet, biżuterii.

Niedaleko strumyka znajduje się spory, ogrodzony obszar. Jeszcze 50% sanktuarium nie zostało zbadane. Tam za tą siatką mogą się znajdować prawdziwe skarby. Na tym terenie stało dormitorium oraz dwie świątynie. Niedaleko musiał się znajdować się warsztat stolarski produkujący wota oraz cała infrastruktura dla pielgrzymów.

Aż chciałoby się wybrać z łopatą pod osłoną nocy i szukać…

Jeszcze dalej na północ w Châtillon-sur-Seine znajduje się drugie, niezwykłe źródło rzeki Douix, która 70 metrów dalej wpada do Sekwany. Podobno jest to jedno z najstarszych źródeł krasowych we Francji. Było czczone od niepamiętnych czasów. Również tam znaleziono daniny i wota, głównie z epoki gallo-rzymskiej. Wiele z nich znajduje się w muzeum w Châtillon-sur-Seine, którego główną atrakcją jest przebogaty pochówek tzw. księżniczki z Vix, której poświęcę więcej miejsca w następnym blogu. Kiedyś po prawej stronie źródła stała w niszy figurka św. Marii. Jeszcze do niedawna zachował się zwyczaj wrzucania chleba do wody na święto Matki Boskiej Gromnicznej, drugiego lutego. Rzucanie chleba do wody dla bogini…zwyczaj wspólny wielu starym kulturom. I zgodnie potępiany przez Kościół. Zaakceptowany dopieru po zmienieniu bogini (którą zapewne była i tu Sekwana) na Marię.

Przepiękne źródła Douix

douixwota

Tym razem kamienne, nie drewniane, kończyny, figury, głowy z Douix. Ciekawa para dwóch kobiet z wyeksponowanymi genitaliami, wizerunek bogiń, dwie siostry?

Krótka informacja przy źródle Douix mówi o wielu tajemnicach, które mogą skrywać podziemne wąwozy w krasie, jeden z nich ma około 180 metrów. Jestem o tym przekonana i liczę na zwiększenie dotacji na badania archeologiczne przez rząd francuski.

Mamy sporo szczęścia, bo w wypadku Sekwany zachowało się sporo jej wizerunków. Jest jedną z nielicznych bogiń celtyckich, której nie dodano partnera do towarzystwa. (św. Sekwan został wprowadzony później przez chrześcijaństwo). Podobną czcią otaczane były inne wodne boginie, jak Sirona, Sulis oraz triada Matek. Etymologia imienia bogini grupy celtyckiej Sekwanów nie jest do końca jasna. Galignani w „The History of Paris“ z 1825 roku przypuszcza, że nazwa pochodzi od celtyckiego „squan“, albo „quan“, co oznacza „wić się jak wąż“. Słyszałam też o ryzykownych asocjacjach z piersią, „le sein“. Sekwana to łacińska nazwa rzeki, musimy zatem skoncentrować się na lokalnej nazwie „Seine“. Znamy wiele hydronimów w Europie o podobnych nazwach jak San, Szan, Sanok, Saan, Sayn, Szan, Schan. Celtycki „San“ oznacza rzekę jak Shannon (ir. Siannan), Saona. Etnolog Kurt Derungs widzi źródłosłów jej imienia właśnie w pra-indoeuropejskich językach, san, sen to słowo oznaczające wodę.

Niedaleko źródła Sekwany znajduje się miejscowość St. Seine z klasztorem benedyktynów. To tu zatrzymał się Sigo de Mesmont, czyli późniejszy św. Seine (Sekwan). Według legendy osioł, na którym jechał zatrzymał się, pogrzebał kopytem w ziemi, z której nagle trysnęło źródełko. Jakżeby inaczej. Dobrze przynajmniej, że osioł nie został kanonizowany na uzdrowiciela i pana wody źródlanej. Niedaleko w Blaisy odkopano rzeźbę łodzi z dziobem przedstawiającym wodnego ptaka, podobną do łodzi Sekwany. Łodzie przeprowadzające zmarłych do Innego Świata, Otherworld. Ptaki jako symbole bogini przeprowadzające dusze na Drugą Stronę i jednocześnie przynoszące dzieci matkom jak nasz poczciwy bocian, czy żuraw. Odwieczny motyw w historii człowieka. Barka z Blaisy znajduje się również w muzeum w Dijon.

Chodząc po sanktuariach rzecznych w Burgundii myślałam o świętej rzece Maorysów Whanganui, której w marcu 2017 roku przyznano status osoby prawnej. Maorysi walczyli o to 140 lat, ponieważ czczą rzekę jako mityczną przodkinię. Nie można jej zawłaszczyć, nie można nią rządzić. Jak mówi rzecznik Maorysów Gerrard Albert „my nie jesteśmy panami Natury, jesteśmy jedynie jej częścią“. Whanganui dostała dwóch przedstawicieli, którzy mogą ją reprezentować przed sądem.

Whanganui, święta rzeka karmicielka i przodkini

A Sekwana? A Wisła? A może Puszcza Białowieska, która tej obrony dzisiaj tak bardzo potrzebuje? Musimy czekać 140 lat? Ja nie mam czasu.

Sekwana w pieczarze, bogini obfitości.

Figurka Sekwany z Dijon, troskliwie pochowana w ziemi.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz