Pokój narodzin i śmierci

Poniżej zamieszczam tłumaczenie pierwszej części rozdziału książki Choo Waihong o „Pokoju Narodzin i Śmierci”.

W każdym domu jest specjalny pokój, w którym Mosuańczycy zaczynają życie i do którego powracają po jego zakończeniu, aby czekać na pogrzeb. Nosi nazwę „pokoju narodzin i śmierci“, i jest niewielkim kamiennym pomieszczeniem przy pokoju babci, w którym rozgrywa się cykl życia każdego Mosuo. Dawniej, kiedy jeszcze nie było nowoczesnych szpitali w wioskach, ciężarna kobieta udawała się do „pokoju narodzin i śmierci“ na poród. Tam oczekiwała na to wielkie wydarzenie. Dzisiaj Mosuanki nie rodzą już dzieci w tym pokoju w ten przestarzały sposób, ale ja chciałam sobie wyobrazić jak to się odbywało dawniej.

„Czy to prawda, że Mosuanki tradycyjnie rodziły w kuckach a nie na łóżku?“ zapytałam Gumi po znalezieniu tej informacji w jakiejś książce. „Nie wiem“ powiedziała. „Ja urodziłam na łóżku z pomocą mojej matki i położnej“. (W związku z tym, że Choo Waihong nie mogła się dowiedzieć dokładnie jak odbywał się poród w owym pokoju, snuje dalej swoje wyobrażenia o tym jak mógł wyglądać. I chociaż, prawdopodobnie jej fantazje mogłyby częściowo odpowiadać rzeczywistości, wolę ten epizod pominąć i przejść do faktów, których była naocznym świadkiem)

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam otwarte drzwi do „pokoju narodzin i śmierci“ było to wtedy, kiedy matka Gumi, A Ma umarła. Przez ostatnie dziesięć lat, odkąd jej axia partner zmarł, A Ma podupadała powoli na zdrowiu. Od czasu zapadała na poważne choroby, leżała w łóżku, traciła apetyt i pogrążała się w cichej niemocy.

Za każdym razem kiedy chorowała, jechałam do Baju, żeby posiedzieć trochę z A Mą. Kiedy weszłam pierwszy raz do pokoju babci, zastałam wszystkie jej ośmioro dzieci, również ze swoimi axias. Gumi jak zwykle kręciła się wokół A My, karmiąc ją jakąś ryżową papką, która ugotowała nad paleniskiem. Erchima ocierała jej czoło i usta i myła jej ręce po skromnym posiłku. Po drugiej stronie paleniska Zhaxi siedział z dwoma braćmi i zapalał A Mie papierosy, na które miała chętkę nawet w chorobie. Na podwórku Jizuo rąbał drewno na wiele następnych dni. Okazało się, że wszystkie dzieci porzuciły swoje zajęcia, aby powrócić do domu i być z nią.

Pogrzeb A My. Zdjęcie pochodzi z blogu thekingdomofwomen.co.uk

„Jak długo tu jesteś?“ zapytałam Jizuo.

„Siedem dni“ odpowiedział.

„Zostaniesz jeszcze?“

„Tak. Poczekam aż jej się polepszy“.

Dzieci A My zmieniały się przy jej łóżku pocieszając ją, czasami siedząc godzinami przy jej boku. Kiedy spała, towarzystwo ucinało pogawędki, rozprawiało o różnych sprawach, żeby zabić czas. Ktoś opowiedział kawał, inny rozdawał karty, żeby się nie nudzić. Długie, wieczorne czuwanie było przerywane otwieraniem kolejnych słojów domowego wina kwantan. Kiedy nadchodziła noc, wszyscy zasypiali obok siebie na naprędce przygotowanych posłaniach w pokoju babci.

Kiedy, podczas jednego z takich spotkań dałam wyraz swojemu zdziwieniu, i zapytałam się o powód zbierania się całej rodziny przy łożu chorej, Zhaxi odpowiedział krótko i prosto: „Jedyne co możemy zrobić jako dzieci to zostać przy niej i towarzyszyć jej, bo to może być jej ostatnia podróż na ziemi“.

I synowie i córki A Ma właśnie to robili dotrzymując jej towarzystwa dzień i noc kiedy siły ją opuszczały w ostatnich tygodniach jej życia. Byli przy niej, kiedy wydała ostatnie tchnienie. Również wspólnie zorganizowali się, aby zapewnić jej godne pożegnanie.

Pogrzeb A My, podobnie jak wszystkie mosuańskie pogrzeby, był niezwykły. Jest jedynym rytuałem, który nie został zmieniony przez czas i należy do najważniejszych ceremonii w życiu człowieka. Mosuo bardzo szanują obrządek pogrzebu dla swoich bliskich zmarłych, a oddawanie czci zmarłej matce jest wyjątkowym wydarzeniem. Nie żałuje się wydatków na skomplikowane ceremonie, które mogą trwać tygodnie, czasem nawet miesiące. A Ma miała szczęście, że miała sześciu synów wśród wielkiej grupy ośmiorga dzieci, ponieważ tylko Zhaxi, Jisuo i czterech innych chłopców brało udział we wszystkich czynnościach, które dotyczyły dotykania ciała A My od czasu jej śmierci aż do kremacji. Pamiętajmy że jesteśmy w Królestwie Kobiet, w którym Gumi, jej starszej siostrze oraz innym kobietom w rodzinie nie wolno zbliżać się do śmierci. (Kobiety Mosuo nie mogą również zabijać zwierząt, to jest wyłącznie męskie zadanie. Przypis mój)

Wszyscy bracia zgromadzili się w pokoju babci i Zhaxi przejął dowództwo nad wypełnieniem odwiecznych rytuałów. Trzymając matkę w ramionach zaczął ją obmywać jeszcze przed wystąpieniem rigor mortis oblewając z namaszczeniem jej ciało i twarz przepisowymi siedmioma miseczkami wody. W wypadku śmierci ojca Zhaxi musiałby polewać jego ciało wodą z dziewięciu miseczek. W tym czasie daba (dabaizm jest pierwotną religią Mosuo, współegzystującą z buddyzmem. Przypis mój) przyłączył się do nich i zaczął intonować starożytne inkantacje, mające wspierać duszę A My aż do czasu jej kremacji.

„Nie jesteś jeszcze czysta“ śpiewał daba „trzeba cię umyć przed twoją podróżą do Siny-Anawah, do twoich przodków“. Przywołując Sinę-Anawah daba odnosił się do mosuańskiego raju. Jest to mityczne miejsce, z którego przybywa każda dusza, i do którego każda dusza odchodzi, aby czekać na reinkarnację do nowego życia. Wszystkie obrzędy grzebalne Mosuo są związane z tym pojęciem. Daba recytował a Zhaxi wraz z braćmi układali ciało A My w pozycję embrionalną, tak aby była gotowa na narodzenie w macicy przyszłej matki. Zgięli jej kolana i złożyli jej skrzyżowane ręce na goleniach aby sztywniejące ciało zachowało przygiętą formę. Potem ułożyli jej ręce jak do modlitwy i obwiązali ciało sznurem. Na koniec bracia podnieśli ciało i ułożyli je w sporym lnianym worku. Zhaxi związał go mocno na górze, tym samym kończąc tę część rytuału. Teraz nastarszy syn A My otworzył drzwi do pokoju narodzin i śmierci. Inni synowie przenieśli ciało przez drzwi i ułożyli na podłodze w zagłębieniu wcześniej wykopanym w ziemi. W tym przejściowym grobie ciało miało pozostać aż do czasu kremacji.

Wszyscy czekaliśmy całe popołudnie na grupę duchownych z tybetańskiego, buddyjskiego klasztoru, którzy mieli zadecydować, który dzień mógłby być najbardziej pomyślny na ostateczną ceremonię. Ta wiadomość pojawiła się wraz z dwudziestoma lamami, którzy orzekli, że kremacja A My odbędzie się za siedemnaście dni. Lamowie buddyjscy byli głęboko pogrążeni w śpiewnych recytacjach sutr w pomieszczeniu obok pokoju babci, oświetlonym dziesiątkami kaganków, kiedy wróciłam wieczorem do domu zmarłej. Kiedy weszłam na podwórzec znajdował się tam tłum ludzi przybyłych z daleka i bliska aby złożyć kondolencje. Musiałam się przeciskać między ludźmi do pokoju babci gdzie akurat zaczynał się wieczorny rytuał. Byłam zaskoczona jak szybko ten prosty pokój zmienił się w oficjalną salę pogrzebową. Niedaleko buddyjskiego ołtarza zostało umieszczone podium, na którym stała duża, ale lekka kwadratowa drewniana skrzynka, pomalowana w lokalne symboliczne motywy na czarnym tle. Na początku nie domyśliłam się co to jest. Oczekując długiej, prostokątnej trumny, do której składa się nieboszczyka w pozycji horyzontalnej nie skojarzyłam owej kwadratowej, wysokiej skrzyni z trumną Mosuo. Ciała A My nie było jeszcze w trumnie, spoczywała nadal w pokoju narodzin i śmierci. Zrozumiałam, że trumna pozostanie pusta do dnia kremacji.

Oczywiście A Ma nie mogła opuścić tej ziemi nie zabierając z sobą swoich najprzedniejszych ludowych kostiumów. Wisiały na drągu nad trumną, gotowe na włożenie ich ze zmarłą do trumny przed spaleniem.

Przed trumną postawiono stół, który miał służyć jako ołtarz na daniny. Na nim potomkowie zmarłej umieszczali codziennie trzy potrawy, wino kwantan i papierosy. A Ma nie powinna być głodna podczas swojej długiej podróży do Sina-Anawah.

Dzieci i wnuki, jedno po drugim, klękały i biły pokłony przed trumną. Widziałam Gumi i moich chrześniaków podchodzących do trumny, płaczących i modlących się przed nią. Gumi szlochała rozdzierająco kiedy uklękła przed symbolicznym przedstawieniem jej matki i musiała być uspokajana przez dwie kobiety z rodziny. Ladzu pamiętała o tym by nalać kwantan do kubka na stole i wskazując jedzenie zaprosić ducha A My do posiłku. Gumi uspokajając się zaczęła recytować: „Dziękuję ci A Ma za opiekę nad nami podczas twojego całego życia. Najedz się dobrze przed długą podróżą do Sina-Anawah. Oby nasza rodzina żyła w zdrowiu i pokoju po twoim odejściu“.

Choo Waihong, Królestwo Kobiet, Choo Waihong, The Kingdom of Women, Life, Love and Death in China’s Hidden Mountains, I. B. Tauris, London, New York, 2017, str. 175-181.

 

 

Reklamy
Opublikowano Uncategorized | Otagowano | Dodaj komentarz

Królestwo kobiet

Po długoletniej karierze prawniczki w wielkich korporacjach Singapuru, Londynu i Nowego Yorku Choo Waihong zdecydowała, że ma dosyć piętnastogodzinnych dni pracy i nieustającego stresu. Zarabiała sporo pieniędzy i cieszyła się ich wydawaniem. Lubiła jeździć Porsche convertible, artykuł o jej luksusowym apartamencie pojawił się w lifestylowym czasopiśmie, w weekendy spotykała się ze swoimi przyjaciółmi we wszystkich stolicach świata w najlepszych restauracjach. Po kilkunastu latach poczuła, że musi zwolnić tempo i zastanowić się nad przyszłością. Zdecydowała się poznać lepiej kraj swoich przodków, Chiny. Przypadkowo wpadła na informację o malowniczym jeziorze Lugu w zachodniej części Chin i matriarchacie Mosuo, zamieszkujących jego brzegi. Natychmiast spakowała walizki. Poznanie jednej z niewielu istniejących jeszcze grup matriarchalnych na świecie stanowiło dla niej, feministki i kobiety zainteresowanej kobiecą historią, niezwykłą gratkę.

Choo Waihong wybrała ciekawy moment na odwiedzenie Mosuo, trafiła na coroczny festyn ku czci Bogini Gemu (spotyka się różne pisownie imienia Bogini, np. Gan Mu, ja zostanę przy wersji autorki), na którym spotykali się wszyscy mieszkańcy okolicznych wiosek. Bogini Gemu jest obecna w krajobrazie pod postacią wielkiej góry nad Jeziorem Matki, Lugu, powstałym z jej łez. Mosuańczycy widzą w górze sylwetkę leżącej kobiety. Choo szybko nawiązała kontakt z tubylcami, na początku z dziećmi, potem z dorosłymi. Zaproszono ją do wspólnej biesiady, która zakończyła się jej przyjęciem do mosuańskiej rodziny, jedna nastolatka zapytała ją po prostu, czy nie zechciałaby zostać jej chrzestną matką, Ganmą.

Żyjąc z Mosuo

Ostatnie siedem lat Choo Waihong spędziła wśród Mosuo. Była w wyjątkowo uprzywilejowanej sytuacji, o wiele lepszej niż wielu antropologów i etnologów przed nią. Należała bowiem do rodziny i dzięki temu mogła uczestniczyć we wszystkich ważnych obrzędach i życiu codziennym. Porozumiewała się swobodnie z Mosuo w języku mandaryńskim, z biegiem czasu nauczyła się podstaw mosuańskiego. Od tybetańskiego lamy dostała mosuańskie imię „Ercher Dzuoma“, „Ercher“ czyli „cenna, droga“ a „Dzuoma“ to objawienie Zielonego Buddy. Jeden z członków jej „rodziny“ zaproponował jej zbudowanie domu. Przepiękny drewniany dom został postawiony w rekordowym czasie, przy pomocy sąsiadów i rodziny, bez użycia ani jednego gwoździa. Odbiegał strukturą od tradycyjnych, mosuańskich czworobocznych domostw z podwórkiem pośrodku, ale znajdował się w nim tzw. pokój babci, specjalnie udekorowany najważniejszy pokój z miejscem na piec i ołtarz dla lokalnych bóstw. Choo Waihong nie zrezygnowała przy tym z luksusu posiadania łazienki oraz wygodnej kuchni, co nietrudno zrozumieć. W jednym zabawnym epizodzie opisuje swoje przygody z typową toaletą w starych domach, czyli po prostu wyznaczonym kawałkiem podwórka pod gołym niebem.

Autorka mogła również uczestniczyć w codziennej pracy mosuańskiej rodziny. Jej doświadczenia są charakterystyczne również dla innych grup matriarchalnych i ilustrują przykład ekonomicznej subsystencji, czyli gospodarki uprawnej, przeznaczonej głównie dla własnej rodziny, w której nadwyżki produkcji idą albo na wymianę międzysąsiedzką, albo są sprzedawane. W owych gospodarkach utrzymywała się równowaga materialna pomiędzy rodzinami. Nikt nie głodował, nędza była rzadka, nawet przy klęskach nieurodzaju, ponieważ nie dopuściłaby do tego społeczność. W ważnych pracach polowych, jak np. zasadzanie czy zbieranie ryżu pomagali rodzinie wszyscy sąsiedzi. Pojęcie solidarności i pomocy międzyludzkiej nie musiało być uczone i wpajane w szkołach, było wyssane z mlekiem matek. Jednym ze stałych elementów utrzymywania równowagi ekonomicznej były również niezliczone imprezy, w których uczestniczyli niemal wszyscy. Tu następowała wymiana towarów, goście byli zobowiązani do przynoszenia prezentów (głównie żywności) na miarę swoich możliwości, gospodarze gwarantowali obfity poczęstunek. Oprócz tego sąsiedzi wymieniali się na codzień dobrami, wypożyczało się nie tylko sól, czy cukier, ale również skutery i samochody. Choo musiała, choć niechętnie, zgodzić się z tym, że kiedy wyjeżdzała do Singapuru, jej nowy samochód pozostawiony pod opieką Zhaxi był używany przez wszystkich potrzebujących z okolicy.

Małżeństwa odwiedzinowe

(Pod zakładką „Matriarchat“ na tym blogu znajduje się sporo wiadomości o małżeństwach odwiedzinowych Mosuo oraz o strukturze matriarchalnego klanu i matrylinearności, czyli dziedziczenia w linii żeńskiej – pominę więc wyjaśnienia w tym tekście.)

Choo jest zachwycona systemem rodzinnym Mosuo, ale jednocześnie zaskoczona tak odmienną koncepcją życia od dobrze jej znanej patriarchalnej, chińskiej rodziny. To są zupełnie odmienne światy. Patrząc na matriarchinię mosuańskiej rodziny, zarządzającą gospodarką, decydującą o wydatkach, autorka wzdycha na myśl o sytuacji chińskich kobiet na wsi. Pracują bardzo ciężko, ale nie mogą decydować o niczym, cała władza należy do mężczyzny, tylko jego słowo się liczy. Nawet jeżeli zarządzają finansami to nie robią tego samodzielnie, ostatnia decyzja należy do męża. Urodziny chłopca są wielkim szczęściem dla rodziny, ponieważ nazwisko rodzinne jest przekazywane wyłącznie w męskiej linii. Męski potomek jest również zobowiązany do opieki nad rodzicami. Choo jest zafascynowana swobodnym życiem seksualnym Mosuanek, wolności niewyobrażalnej wręcz wśród patriarchalnych Chińczyków. Samotna matka jest u nich hańbą dla całej rodziny. Po ślubie Chinka musi pozostać wierna mężowi inaczej spotka ją społeczny ostracyzm. Jej mąż może sobie pozwolić na kochanki i nikt nie powie o nim złego słowa. Ojciec Choo, zamożny człowiek, miał parę równoległych związków w innych miastach oraz był ojcem paru nieślubnych dzieci, jej matka zajmowała się domem i dziećmi i pokornie czekała na powrót męża. Trudno mi w tym kontekscie męskiej wolności zrozumieć fascynację Chińczyków swobodą seksualną Mosuanek. Tysiące chińskich turystów przybywa codziennie nad jezioro Lugu, podziwia piękno krajobrazu, pieśni i tańce, ale najbardziej ich interesuje czy rzeczywiście kobiety śpią z kim popadnie. To dla nich powstały burdele, w których Chinki przebrane za Mosuanki, ale i również same Mosuanki zaspokajają fantazje erotyczne chińskich mężczyzn. Połączenie pruderii z rozwiązłością wydaje się być immanentną cechą patriarchatu.

Choo podoba się brak fałszywej zalotności i certowania się w stosunkach męsko-damskich. Czas zalotów jest stosunkowo krótki, z inicjatywą wychodzą po równo obie płcie. Dziewczyny zakładają swoje piękne stroje i bogate przybrania głowy tylko na specjalne okazje, na codzień chodzą w wygodnych, roboczych ubraniach, nie malują się i nie zwracają wielkiej uwagi na wygląd. Autorka, ku mojemu ubolewaniu, nie zdradziła własnych przygód z lokalnymi axias (odwiedzającymi kochankami). Opisała za to dokładnie, na czym polega podrywanie przez Mosuańczyka, które trwa dosyć krótko, zaczyna się od serii zalotnych spojrzeń, przechodzi do flirtu i głębokich spojrzeń i kończy się pytaniem „czy mogę tej nocy przyjść do twojego pokoju?“. Mimo dyskrecji Choo nie mogę się oprzeć wrażeniu, że coś tam jednak więcej się zdarzyło z tym największym Don Juanem całego regionu, Zhaxi. Zbyt często wspomina jego urodę, spryt i wiele rozmaitych talentów. No cóż, tak jak prawdziwe Mosuanki wykazuje daleko idącą powściągliwość w opowiadaniu o własnych erotycznych przygodach.

Dziewczyny imprezują. I chłopcy też.

Mosuanki są skromne i raczej wycofane kiedy spotykają obcych. Kiedy są między sobą zmieniają się nie do poznania. Śmieją się donośnie, opowiadają kawały, wypijają spore ilości alkoholu. Mosuanki ubóstwiają imprezy i jeżeli zaczynają balować to idą na całość do białego rana. Szaleją bardziej niż mężczyźni. Przyszywana kuzynka z Singapuru musiała się bardzo starać, aby dotrzymać im kroku. Do dzisiaj wspomina morderczą, całonocną wędrówkę po barach i klubach z okazji Dnia Kobiet. Również parapetówkę, na którą zaprosiła w południe dwadzieścia osób do swojego nowego domu. Oczywiście zamierzała ugościć ich obiadem. Jednak Mosuo chętnie zabierają ze sobą innych członków rodziny i w końcu koło czterdziestu osób zjawiło się w domu Choo. Goście, zgodnie z tradycją zjawili się z workami ryżu, paroma żywymi kurami, masłem, jajkami, solonym mięsem oraz niedawno zarżniętym prosiakiem. Przerażona Choo poprosiła o pomoc kobiety, które zajęły się przygotowywaniem uczty. Goście jedli i pili, zmieniając się przy stołach, które nie mogły wszystkich pomieścić na raz. Naiwna gospodyni liczyła na to, że po lunchu goście sobie pójdą. Nic bardziej błędnego, biesiada się dopiero rozpoczęła, piwo i lokalny bimber płynęły strumieniami. Kiedy zrobiło się ciemno jedna z Mosuanek zaproponowała pomoc przy gotowaniu kolacji. Przyjęcie zakończyło się dobrze po północy. Ciekawa jestem czy Choo pozwoliła gościom palić w swoim domu, czy wypraszała ich na werandę. Prawdopodobnie nie odważyła się, ponieważ odebrano by to jako wielką obrazę. Właśnie leciwe mosuańskie matriarchinie lubią sobie zapalić…

Mosuanki cenią dobrze wyglądających, dobrze zbudowanych mężczyzn. Zamożność partnera nie odgrywa żadnej roli, ponieważ i tak zostanie on w rodzinie swojej matki i nie przyłączy się do rodziny wybranki. A więc uroda decyduje. Mężczyźni Mosuo dbają o swój wygląd, każdy stara się wyglądać najlepiej. Są bardzo macho a jednocześnie bardzo opiekuńczy w stosunku do dzieci swoich sióstr. Opieka nad niemowlętami i małymi dziećmi jest naturalnym zajęciem mosuańskich chłopców.

Smutek i wściekłość

Recenzja w Guardianie celnie komentuje wydźwięk książki: „Choo pojechała aby znaleźć spokój w zapomnianym zakątku świata, ale właściwie udokumentowała jego destrukcję“.

Kultura Mosuo stała się dobrze sprzedawanym towarem. Coraz więcej tubylców pracuje w przemyśle turystycznym zostawiając gospodarkę rolną. Coraz więcej ludzi w atrakcyjniejszych miejscowościach wzbogaca się pracując w restauracjach, zakładając hotele, produkując souveniry, podczas gdy w odległych wioskach ludzie utrzymują niski standard życia. Tym samym powstaje rozłam w tak zwartej do tej pory społeczności. Bogactwo korumpuje powoli ludzi, jest coraz więcej używek, wzrasta ilość chorób wenerycznych. Nawet coroczny festyn na cześć Bogini Gemu jest coraz mniej popularny. Choo wsparła finansowo ową imprezę aby chronić od upadku tę ważną tradycję. Stara się również popierać tradycyjną produkcję czerwonego ryżu przez znajdowanie rynków zbytu. Jeszcze parę lat temu obawiałam się wpływu chrześcijańskich misjonarzy w okolicy. Obecnie wydają się być mniejszym niebezpieczeństwem od powszechnej potęgi mamony.
Mosuo znajdują się obecnie na rozdrożu, pisze autorka, całkiem możliwe, że ich matriarchalna tradycja przestanie wkrótce istnieć. To co się nie powiodło nawet przywódcy Mao, może udać się maszynie konsumpcjonizmu. Ich matriarchalne zasady rozmyją się i zaginą podobnie jak u sąsiednich etni, Naxi, Miao, Bao i setek innych.

Niedawno oglądałam dwuczęściowy film dokumentalny „The Kingdom of Women“ wyprodukowany przez chińską telewizję o mitycznym państwie kobiet w zachodnich Chinach, położonym wśród niedostępnych gór i przepaści. W drugiej połowie filmu autorzy opowiadają o Mosuo, jako możliwych potomkach owego królestwa kobiet. Ani słowo nie pada na temat innych mniejszości w tym regionie, w których zachowały się jeszcze śladowo cechy matriarchatu. Wydaje się, że Chińczycy mają do tej pory problem z tak lekceważonymi przez nich dotąd „czarnym barbarzyńcami“. Nawet opowieść o młodej Mosuance, decydującej się na kochanka jest podlana romantyczno-pruderyjnym sosem. Dziewczyna ociąga się, okres zalotów jest wyjątkowo długi i dopiero po zgodzie obydwojga „rodziców“ kochanek odwiedza pokój dziewczyny. W tajemnicy oczywiście. Dopiero po pewnym okresie, w obecności swata (sic!) i rodziny, po wymianie prezentów związek zostaje oficjalnie zaakceptowany. I trwa do dzisiaj. Latami Dashi, z Mosuańskiego Centrum Kulturalnego komentuje: „moralne zasady społeczeństwa cenią powstrzymywanie się mężczyzn i kobiet od afer z innymi“. I na koniec wypowiedź młodej dziewczyny Drolmy, która jeszcze nie rozpoczęła życia erotycznego: „Nie chcę kontynuować tradycji. Myślę, że lepiej jest kiedy dwoje ludzi żyje wspólnie, pod jednym dachem“.

Coś tu się nie zgadza w tej nachalnej, szytej grubymi nićmi chińskiej propagandzie. Kobiety w społeczeństwie Mosuo nigdy nie musiały szukać akceptacji rodziny przy wyborze partnera. To była ich prywatna sprawa. Rzeczywiście ich kochankowie dyskretnie odwiedzali je nocą w ich „kwietnych pokojach“. Zgoda „rodziców“ obydwu rodzin i jeszcze w obecności swata to kolejny absurd. Nie ma rodziców u Mosuo, jest matka, ciotka, babcia i ewentualnie wujek. I dlaczego po rzekomej „zgodzie“ kochanek odwiedza dziewczynę w tajemnicy? Wypowiedź Latami Dashi jest też zadziwiająca, społeczeństwo mosuańskie nigdy nie miało zasad dotyczących wstrzemięźliwości seksualnej. Związki azhu mogły trwać bardzo długo, czasem nawet całe życie, ale mogły być również jednonocnymi przygodami. Posiadanie wielu kochanków było raczej powodem do dumy kobiety w społeczeństwie, w którym wierność i zazdrość nie odgrywała żadnego znaczenia. Wypowiedź Drolmy jest również tendencyjna i jakże pocieszająca dla chińskiego patriarchatu: „nieuporządkowane moralnie“ matriarchaty, z których udało się wycisnąć pod koniec mnóstwo pieniędzy, przerobić w skansen i wykorzystać ich surowce mineralne przeistaczają się powoli w jedynie słuszny i akceptowany system rodziny z dominującym patriarchą.

https://www.theguardian.com/books/2017/may/12/the-kingdom-of-women-by-choo-waihong-review-the-free-love-tribe-that-became-a-goldmine

Choo Waihong, The Kingdom of Women, Life, Love and Death in China’s Hidden Mountains, I. B. Tauris, London, New York, 2017

Portal o książce z dodatkowymi ilustracjami do poszczególnych rozdziałow: http://kingdomofwomen.co.uk/

W następnym wpisie zamieszczę tłumaczenie jednego z rozdziałow książki „The Birth-Death Room“.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Od kogo się zaczęło?

Source: Od kogo się zaczęło?

Opublikowano Uncategorized | Dodaj komentarz

Od kogo się zaczęło?

Pobiegłam do Landesmuseum w Zurychu na wystawę o klasztorze w Einsiedeln (otwarta do 21.01. 2018) z nadzieją, że dowiem się czegoś więcej o początkach kultu Czarnej Madonny oraz o wyjątkowym krajobrazie mitologicznym rozciągającym się od Rapperswilu, przez Jezioro Zurychskie ze słynnymi wysepkami Ufenau i Lützelau, do góry Etzel oraz do Czarnolasu (Der Finstere Wald). Niestety. Pierwsza plansza wystawy głosi: „Wszystko zaczęło się od Meinrada“, mnicha, który przybył do do źródełka w Czarnolesie w IX w. i zbudował przy nim pustelnię oraz kaplicę. Ani jednego zdania nie poświęcono przyczynom, dla których mnich wybrał akurat to miejsce, ani słowa o kultach i tradycjach, które zastał.

landesmuseum

Landesmuseum w Zurychu. Na plakacie jedna z szat Madonny.

Jego historia jest opowiadana w paru wersjach. Meinrad, pobożny benedyktyński mnich z klasztoru w Reichenau, wzorem swoich poprzedników Fridolina, Gallusa oraz Kolumbana, udał się na górę Etzel nad jeziorem Zurychskim i założył tam pustelnię. Nie znalazł tam biedak spokoju, ponieważ ludzie przeszkadzali mu w kontemplacji. Udał się więc jeszcze dalej w głuszę do Czarnolasu, gdzie obok źródełka zbudował kaplicę. Jego towarzyszami były dwa kruki. W jednej wersji legendy uratował on dwa krucze pisklęcia przed sroką, w innej dostał je wraz z czarną rzeźbą Marii od tzw. „Leśnych Sióstr“. One miały również polecić mu zbudowanie kaplicy. Po paru latach przydarzyło się nieszczęście. Meinrad został zabity przez dwóch opryszków. Zbiegli do Zurychu, ale zostali dogonieni przez dwa kruki, które usiadły im na ramionach udowadniając tym samym ich zbrodnię. Kruki zostały uwiecznione na herbie miasta Einsiedeln (Pustelni).

meinrad

Meinrad z kielichem i chlebem. U jego stóp dwa kruki. W tle góra Etzel.

Królestwo Czarnej Boginii

Czarna Matka Ziemi, narodzin i śmierci, opiekunka źródełek i moczarów była czczona w tym okresie w okolicach jeziora Zurychskiego w czasach neolitu, brązu oraz częściowo w okresie celtyckim. Jednym z jej atrybutów był kruk. Nantosuelta, celtycka bogini wód, rodziny, dobrobytu jest przedstawiana często z krukiem albo psem. Kruk nie posiadał jeszcze wtedy negatywnego charakteru, mimo że jak wszystkie ptaki w symbolice celtyckiej (i praceltyckiej) przenosił dusze z tego do Tamtego Świata. Jego aspekt był dobrotliwy, towarzyszył często boginiom, które uzdrawiały. Kruki były kojarzone również z przepowiadaniem przyszłości. Wiele bogiń śmierci (n.p. Morrighan) mogło zamieniać się w kruki i pożerać szczątki zmarłych na polach bitwy. Również Stara Matka Cailleach o ciemnej twarzy przybierała postać kruka. W europejskiej folklorystyce roi się od Czarnych Bogiń, w Bretanii słynna Anna z Moczarów (Palude), przerobiona potem na chrześcijańską świętą, ale zachowywująca wszystkie aspekty wcześniejszej Terra Mater. Jej bliską kuzynką jest Czarna Anis. Oraz boginii Schwarzwaldu Abnoba (Abna), opiekunka źródeł termalnych, wód przynoszących płodność i zdrowie. Funkcje Czarnych Bogiń przejęły z czasem celtycko-rzymskie Matrony, a potem chrześcijańska Czarna Madonna.

Czarna Terra Mater z Einsiedeln przeżyła w lokalnym folklorze. Do dzisiaj podczas karnawału przez główną ulicę miasteczka przechodzi pochód czarnych diabłów z ogromnymi czerwonymi jęzorami i rogami wraz ze swoimi towarzyszkami – starymi kobietami. Diabły to zdemonizowani przez chrześcijaństwo leśni partnerzy Czarnej Bogini, ci wszyscy Dzicy Ludzie (Wilderman), rogaci Sylwani, Opiekunowie Zwierząt. Wcześniej wchodzili do Kościoła i tańczyli wokół czarnej marmurowej kaplicy Madonny, dziś wolno zatrzymać im się tylko przed drzwiami barokowej świątyni. Bogini i jej leśny partner przeżyli wspólnie również w okolicznych sagach, które opowiadają historie o diable i jego babci.

Źródło i kamień

Czarna Madonna w Einsiedeln pojawia się głównie jako źródlana Bogini. Liebfrauenbrunnen (Źródło Kochanych Pań) przed Bazyliką przyciąga do dzisiaj pątników z całego świata. Jego woda ma leczyć oraz dawać płodność. Fontanna ma 14 strumieni, niektóre legendy mówią, że tylko jeden ma cudowne właściwości, ale nikt nie wie który, więc dla pewności należy pić z każdego. Jednak pielgrzymi zatrzymujący się w Einsiedeln w drodze do Rzymu, Jerozolimy czy Santiago de Compostella nie wiedzą, że prawdziwe źródło znajdowało się pod marmurową kaplicą z Czarną Madonną. Niestety wyschło. Do fontanny przed kościołem doprowadzana jest zwykła woda. Meinrad nie postawił pustelni i kaplicy przypadkiem koło źródła. Zgodnie z job description wszystkich misjonarzy musiał zaanektować miejsce kultu pogańskiego. A to w Czarnym Lesie musiało być słynne na całą okolicę. Koło źródła stał niezwykły kamień z pięcioma zagłębieniami, w który można było włożyć palce, wiążąc się tym samym symbolicznie z bóstwem. Został on umieszczony koło głównego wejścia do Bazyliki w Einsiedeln. Niestety zniknął podczas napadu wojsk francuskich na klasztor w roku 1798. Kamienie z odciskami pięciu palców zasługują na osobny rozdział. W Niemczech są nazywane kamieniami diabelskimi, ponieważ odciski mają pochodzić od ręki diabła, który zamierzał się kamieniem na pobliski kościół. W wiosce Sennewitz niedaleko Halle podobny kamień miał leżeć pięćdziesiąt kroków od kościoła, w Gimritz kamień z odciskiem palców miał być rzucony przez diabła w kierunku kaplicy. Podobnie jak kamienie ze stópkami występują często w Europie i na świecie i w zależności od fantazji kolonizujących mnichów są związane albo z diabłem, albo czarownicą, albo z Marią i Jezusem. Odcisk palców na kamieniu w Einsiedeln miał pochodzić od Jezusa, który wraz z aniołami miał się pojawić w konsekracji kaplicy 14go września 948 roku. Istniał nawet oficjalny dokument kościelny o owym cudownym poświęceniu, nobilitującym kaplicę jako miejsce pielgrzymek. Do dzisiaj dzień 14 września (Konsekracja Aniołów) jest hucznie świętowany w Einsiedeln. Mimo tego, że wiarygodność owego „dokumentu” została podważona później przez dostojników kościelnych.

liebfrauen

Źródlo Kochanych Pań.

Zastanawiający jest również fragment opowieści o Meinradzie o spotkaniu tzw. Waldfrauen, Leśnych Kobiet, które poleciły mu zbudowanie kaplicy na źródle oraz przekazały rzeźbę Madonny. A więc zakon sióstr opiekował się tym miejscem wcześniej, to niby odludne miejsce, w którym mnich miał szukać spokoju było zamieszkałe. Możliwe, że przed chrześcijańskimi mniszkami było ono pod pieczą celtyckich druidek. Bliskim centrem kultu były dwie wyspy na jeziorze Zurychskim, Ufenau i Lützelau. Na Ufenau odkryto miejsce rzymskiego kultu dwóch bóstw, nieznanej bogini oraz Merkurego, będącego łącznikiem i podróżnikiem między światem ludzkim i zaświatami.

insel

Niezwykłe, magiczne wysepki Lützelau i Ufenau na Jeziorze Zurychskim. W tle góra Etzel.

Dlaczego czarna?

Do dziś ciemna karnacja wszystkich słynnych Madonn w Europie jest konsekwentnie zakłamywana przez kleryków. Wspominałam już o tym pisząc o Madonnie z Montserrat. Istnieją niezliczone wersje tłumaczące jej kolor. Czasami Madonny ratują wieś przed pożarem wchłaniając żar ognia w swoje ciało i czerniejąc. Inna wersja: Madonna była biała, ale zebrała wszystkie grzechy ludzkie na siebie i pociemniała. Najpopularniejsza wersja to wpływ dymu świec i sadzy. Nie wiadomo dlaczego dym ze świec osadza się tylko na figurze Madonny a nie na innych świętych…Istnieją również legendy o cudownym uratowaniu figury z płonącego kościoła, płomienie nie uszkodziły jej, ale zmieniły jej karnację. Czasami figura została pogrzebana w ziemi, odkryto ją po wielu latach poczerniałą. Kurt Derungs przytacza wyjątkowo oryginalną wersję opowiadaną przez zakonnicę w Owernii (Kurt Derungs, Geheimnisvolles Zürich, edition amalia, 2004, str. 208)

„W mieście Le Puy-en-Velay znajdują się dwie kultowe skały, osadzone w ziemi jak ogromne menhiry. Na wierzchołku jednej, Aigulhe, została zbudowana kaplica św. Michała. Druga nazywa się Corneille i na jej szczycie stoi ogromna, tronująca nad całym krajobrazem figura Marii z Dzieckiem. Kiedyś było to miejsce kultu z czarnym kamieniem, który dzisiaj znajduje się w katedrze w mieście, w jednej z nisz. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy jaką rolę odgrywa ten czarny kamień. W pobliżu znajduje się ołtarz z Czarną Madonną. Bliżej nie mogą być ze sobą, ów kamień i Madonna. Chodzi w tym wypadku o pradawne miejsce kultu poświęcone Anie (Ana), ponieważ jedna ze skał, owa Corneille, nazywała się wcześniej skałą Anis! Podczas oprowadzania jedna z zakonnic tłumaczyła, dlaczego Maria i Jezus są czarni. Obydwoje czuli się bardzo związani z okolicznymi ludźmi, głownie z winiarzami. Chodzili więc do winnic i pomagali w ciężkiej pracy w upale. Słońce paliło niemiłosiernie i w końcu Maria i Jezus opalili się na brązowo“. Na końcu tej barwnej opowieści nastąpiła puenta, której Kurt się nie spodziewał. Zakonnica przyznała, że owa Czarna Madonna to chrześcijańska przeróbka pradawnej czarnej Bogini Ziemi!

W Einsiedeln istniało parę figur Marii. Niektóre były jasne. Niemiecka Wikipedia dostarcza frapującej informacji o figurze: „Czarny kolor pochodzi od dymu świec i lamp palonych przed figurą. Podczas odnawiania figury w 1803 roku w Austrii, restaurator oczyścił drewno i pomalował je na cielisty kolor. Owa zmiana spowodowała wielkie niezadowolenie wśród ludności a więc przemalowano ją ponownie na czarno.“ https://de.wikipedia.org/wiki/Maria_Einsiedeln

madonny

Były różne te Madonny, jaśniejsze i ciemniejsze. Ale czarne wygrały!

Źródełko obraziło się na wierutne kłamstwa kleru i wyschło. Nie wysechł strumień setek tysięcy pielgrzymów, którzy od stuleci przybywają do klasztoru. Są wśród nich ludzie wielu wyznań, również hinduscy wyznawcy bogini Kali, dla których Czarna Pani jest jej wcieleniem. Jeden z nich podarował Czarnej Madonnie przepiękną biała szatę, wyszywaną drogimi kamieniami. Kolekcja szat Czarnej Matki jest imponująca, ma ich 34. Na wystawie pokazano kilka z nich. Oślepiający blask bije z pysznie haftowanych strojów. Bogactwo darów, monstrancji, kielichów ofiarowanych Bogini zapiera dech. I pomyśleć, kiedyś wystarczyło jej tylko źródełko i kamień. Zanim przybył Meinrad, od którego zaczął się chrześcijański Disneyland.

szaty

Olśniewające, migoczące kosztownymi kamieniami. Ta biała to prezent od hinduskiego fana Czarnej Madonny.

 

 

 

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Tajemnicza Dama z Vix

„Nie rozśmieszaj mnie, Joffroy“ powiedział leciwy ksiądz z plebanii Sainte-Colombe, położonej w górnym biegu Sekwany, niedaleko od wykopaliska w Vix „twoimi opowieściami o pra-celtyckiej księżniczce. Byłem kapłanem w wojsku i znam życie. Kobieta, która kazała się pogrzebać tak wykwintnie i z tymi wszystkimi kosztownościami nie była uczciwą kobietą. Przyjacielu, to żadna księżniczka, to była bajzelmama najlepszego burdelu w protoceltyckiej Burgundii!“ (Robert Wernick). René Joffroy, nauczyciel filozofii, łaciny i greki w pobliskim Châtillon był zafascynowany archeologią. I to jemu, jak wielu amatorom przed nim, udało się w 1953 roku znaleźć jeden z najwspanialszych celtyckich pochówków Europy.

Figurka kobieca na kraterze z Vix. Kapłanka, bogini, czy wizerunek zmarłej Damy?

Szerokie pole położone na południowy wschód od wzgórza Lassois już od dawna interesowało badaczy. Rolnicy wykopywali na nim nieustannie fragmenty ceramiki, fibule i szpile. Zaczęto kopać na nim jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku, upewniając się że pole jest ogromnym cmentarzyskiem z wczesnego okresu kultury halsztackiej (okres od 1200 do 450 lat p.n.e.)

Joffroy stracił już wiarę, że natknie się na coś wyjątkowego kiedy pewnego poranka jego podniecony pomocnik zapukał do drzwi oznajmiając, że w miejscu gdzie kopali zobaczył część sporego naczynia z brązu. To był właśnie ten wielki krater, czyli dzban do wina. Krater (nazwa grecka, która oznacza: „ja mieszam“), był używany do mieszania wina z wodą. Biedny Joffroy, musiał jeszcze w szkole odbyć parę lekcji łaciny i greki zanim udał się na pole pod Lassois. Jak stwierdził Wernick to musiały być najdłuższe trzy godziny jego życia. Odkopując krater Joffroy i jego pomocnik powoli odkrywali całe bogactwo grobu. Wszystkie artefakty znajdują się obecnie we wspaniałym muzeum w Châtillon-sur-Seine.

1100 litrów! Podobno tylko Grecy pili rozcieńczone wino, Celtowie wzdragali się przed podobnym barbarzyństwem!

Krater z Meduzami

Kiedy weszłam do sali z kraterem zaparło mi dech. Nie oczekiwałam czegoś tak wspaniałego. Sądzi się, że powstał ok. 530-520 wieku p.n.e. Ma 1100 litrów pojemności, mierzy 1,64 m wysokości, czyli jest dokładnie mojego wzrostu. Szyję zdobi fryz z wizerunkami kwadryg i wojowników. Ma dwa uchwyty, zdobione Meduzami, czy Gorgonami z wywalonymi jęzorami, kłami, trzymającymi węże w rękach. Ich wężowe nogi rozkraczają się na wzór starożytnych syren, Baubo czy sheeli-na-gigs, pokazujących waginę. Istotnym, niemal niezauważalnym szczegółem są podłużne „buddyjskie“ znaki kropli na czołach Meduz co dla wielu badaczy wskazuje na wschodnie konotacje masek.

Na kraterze jest przykrywka zwieńczona figurką kobiecą, która stała się powszechnie znanym symbolem w Burgundii. W odróżnieniu od groźnych Meduz uśmiecha się dobrotliwie. Czy jest boginią, czy kapłanką? Może jest wizerunkiem Pani z Vix? Uczeni nie są całkiem pewni, skąd pochodzi krater, jedni wskazują na Sycylię, inni na Spartę, jeszcze inni widzą wpływy etruskie. Polska naukowczyni Janina Rosen-Przeworska (archeolożka, 1906-1991, doktorat w 1932 na Uniwersytecie Warszawskim) widzi w nim wpływy scytyjskie nawet, ponieważ konie przedstawione na fryzie mają wygląd koni Przewalskiego. Podobne figurki stepowych koni znajdują się na końcach ciężkiego, złotego diademu, który zmarła Dama miała na głowie. Krater przybył do Vix w częściach, został na miejscu złożony w całość. Prawdopodobnie był umieszczony na wzgórzu Lassois i używany był przy wielkich obrzędach i festynach okolicznej ludności. Archeolodzy zrekonstruowali budynek, tzw. pałac księżniczki na wzgórzu. Lassois jest wzniesieniem tzw. typu stołowego, nazywanego również „mesa“, wysokim na 300 m. z płaskim jak ogromny, owalny stół szczytem. Na wschód opasuje go wstęga Sekwany wraz z bogatym dorzeczem i terenami podmokłymi. To tam znajdowała się protoceltycka i celtycka nekropolia.

Złoty diadem ozdobiony skrzydlatymi konikami. Wskazuje na wpływy scytyjskie.

Kapłanka?

W następnym pomieszczeniu znajduje się rekonstrukcja grobu kobiety z Vix, która została pochowana prawdopodobnie w 5 w. p.n.e. Była złożona na wozie, którego cztery koła zostały zdjęte przed zamknięciem grobu i postawione pod ścianą. Na głowie miała właśnie ten półkilowy, złoty diadem, podobny kształtem do typowych celtyckich torques, okrągłych naszyjników. Rosen-Przeworska dodaje ciekawą informację o tym, że owe naszyjniki były początkowo noszone przez kobiety, dopiero w późniejszym, lateńskim okresie przejmują je mężczyżni. Czyżby znak na powolne tracenie znaczenia kobiet w społeczeństwie Celtów? Odziana w szatę z białego płótna kobieta była niezwykle bogato przystrojona. Tu oddaję głos J. Rosen-Przeworskiej: „… nosiła   po   cztery   bransolety   na   każdej   ręce. Trzy z nich były   z łupku,   a czwarta   z paciorków   bursztynowych   nanizanych na brązowy drut. Bransolety   z łupku   i paciorki bursztynowe   występują jeszcze na późnolateńskich   stanowiskach   celtyckich. Łupek   zapewne w młodszym okresie żelaza, podobnie jak bursztyn,   miał   znaczenie   amuletu, talizmanu. Ozdoby   z łupku   są bardzo charakterystyczne   dla   krajów bałtyckich i płn. Eurazji w neolicie   i epoce brązu. Idole z łupku   niekiedy spotyka się w Hiszpanii. Podobnymi amuletami,   talizmanami,   obwieszają się po dziś dzień szamani na Syberii. Jak wiadomo, bursztynowi   przypisywano własności lecznicze. Głównie nosiły je młode dziewczęta, jako środek zapewniający   płodność“.

Rekonstrukcja grobu Pani z Vix. Pod ścianą zdjęte koła.

Kobieta dostała na ostatnią drogę wiele wspaniałych naczyń, pucharów, mniejszych kraterów oraz amforę.

Niektórzy uczeni twierdzą, że krater został przesłany z Grecji w darze mężowi względnie ojcu kobiety a całe jej bogactwo to spuścizna po mężu. Dlaczego jednak nie został on umieszczony w innym, męskim pochówku? Istnieją poważne przesłanki, że ten prezent był specjalnie dla niej, ponieważ jej funkcja w społeczeństwie musiała być wyjątkowa. Wszystkie artefakty złożone zostały w symbolicznym porządku, nie były przypadkowym zbiorem złupionych czy podarowanych przedmiotów, ale stanowiły jedność semantyczną. Możliwe, że zostały przez kobietę odziedziczone po matce, według celtyckiego zwyczaju, w którym również tytuły królewskie były dziedziczone po matce a nie po ojcu.

Janina Rosen-Przeworska, powołując się również na badacza Eydoux stwierdza, że kobieta z Vix mogła być nie tylko scytyjskiego pochodzenia, ale „według wszelkiego prawdopodobieństwa kierowała obrzędami o charakterze rodzinnym, jak śluby, inicjacje, zaduszki, pogrzeby, a także obrzędami dorocznymi, związanymi z urodzajem“.

Kurt Derungs, etnolog szwajcarski zwrócił mi uwagę na inną cechę kobiety z Vix. Kiedy zmarła, miała ok. 35 lat, była więc, jak na tamtejsze czasy dojrzałą kobietą. Specjaliści dopiero niedawno przebadali dokładniej jej szkielet. Okazało się, że cierpiała na chorobę kości, prawdopodobnie utykała, albo miała skrzywiony kręgosłup. Była naznaczona fizyczną „innością“ co też predestynowałoby ją do wypełniania roli szamanki, uzdrowicielki.

Rekonstrukcja twarzy Damy z Vix

Lavau, czyżby znowu kobiecy grób?

Na terenie Francji, Niemiec i Austrii znajdowano niezwykle bogato wyposażone pochówki kobiece. Wspomina o nich m.in. Miranda Green w książce „Celtic Goddesses“.
Dwa lata temu, odkopano w Lavau bogato wyposażony grób ze szczątkami ludzkimi, pochowanymi koło 5 w. p.n.e. Lavau, w departamencie Aube, jest położony niedaleko Sekwany i rzeki Meldy, na północ od Châtillon-sur-Seine. Grób jest skromniejszą kopią tego z Vix, wóz pogrzebowy ma dwa koła i krater jest mniejszy a jego uchwyty są ozdobione głową Acheloosa, boga wód.

Naukowcom nie udało się jeszcze ustalić płci szkieletu, ale prasa (Daily Mail) już jest pewna, że to musiał być „książę“, ponieważ w grobie znaleziono miecz. Niekoniecznie. Strabon pisał o celtyckich kapłankach z białymi włosami, odzianych w białe, lniane szaty, które szły wraz z jeńcami, trzymając miecz w ręku. Prowadziły jeńców do srebrnych kotłów i nad nimi obcinały im głowy. Prawdopodobnie sam akt był przeprowadzany nie przez kapłanki, ale niewolników, Strabon chciał nieco podkoloryzować obrazek i postraszyć okrutnymi celtyckimi kobietami. Faktem jednak jest, że miecz mógł być również kobiecym atrybutem. Podczas gdy Daily Mail jeszcze się zastanawia, czy to grób kobiety czy mężczyzny Der Spiegel już wszystko wie i tytułuje artykuł „Luksusowy grób celtyckiego księcia“. Nie rozśmieszajcie mnie – pozwolę sobie sparafrazować wypowiedź równie wszystkowiedzącego księdza z Saint Colombe – takie luksusy wskazują, że to nie był żaden książę a najwyżej utrzymanek jakiejś znanej kapłanki, może właśnie pani z Vix?

Na kraterze z Vix – Meduzy, na tym z Lavau – Acheloos. Obydwa bóstwa związane z wodą, obydwa miejsca położone w pobliżu bogatych rozlewisk Sekwany. Wiadomo, że znaczenie i bogactwo centrum kultowego w Lassois było związane z dobrym połączeniem wodnym, to były szlaki komunikacyjne z Anglią i Hiszpanią. Ale rzeki, oprócz funkcji praktycznej miały znaczenie duchowo-religijne. Czy kobieta z Vix była również kapłanką rzecznej bogini, może Sekwany? Na to wskazują liczne pobliskie sanktuaria związane z kultem wody.

Green Miranda, Symbol and Image in Celtic Religious Art, Routledge, London and New York, 1989, New York.

Green Miranda, Celtic Goddesses, Warriors, Virgins and Mothers, British Museum Press, 1995

Bardzo ciekawy artykuł J. Rosen-Przeworskiej o pochówku z Vix oraz o możliwych scytyjskich powiązaniach z Celtami:

http://rcin.org.pl/Content/38239/WA308_39565_P319_Z-PROBLEMATYKI_I.pdf

Polecam artykuł zmarłego amerykańskiego dziennikarza Roberta Wernicka o grobie Vix. Robert Wernick jest moją pokrewną duszą. Zaliczał siebie do sciolistów, czyli ludzi o szerokiej, ale niestety powierzchownej wiedzy.

http://www.robertwernick.com/articles/Vix.htm

http://www.dailymail.co.uk/sciencetech/article-3131308/Does-France-s-2-500-year-old-royal-tomb-belong-prince-princess-Stunning-Celtic-complete-chariot-jewels-leaves-archaeologists-baffled.html

http://www.spiegel.de/wissenschaft/mensch/archaeologen-finden-grab-eines-keltischen-fuersten-in-lavau-a-1025306.html

Mont Lassois. Na nim stała rezydencja „księżniczki”, tam odbywały się narady, biesiady, cykliczne obrzędy.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | Dodaj komentarz

Źródła w Burgundii

Parę dni temu odwiedziłam znowu jedną z najsłynniejszych bogiń rzecznych w Europie – Sekwanę, o której już pisałam (zobacz „Bretońskie źródełka“, listopad 2016). Ponownie obejrzałam jej wizerunek w muzeum w Dijon oraz w końcu dotarłam do jej źródła, do Source-Seine, położonego koło 60 km na północny zachód od Dijon. Na sporym terenie, wykupionym przez miasto Paryż, znajduje się romantyczny park z pieczarą z dziewiętnastego wieku z leżącą rzeźbą bogini. Przy jednej z alejek postawiono nową rekonstrukcję jej rzeźby z czasów gallo-rzymskich. Inne przedstawienie Sekwany znajduje się w muzeum archeologicznym w Dijon. Figura została umyślnie zdewastowana prawdopodobnie przez wczesnych chrześcijan, przede wszystkim pozbawiono ją głowy, normalna akcja odbierająca władzę pogańskim bogom, desekralizująca. Jej ręce zostały odrąbane, nawet jej piersi doznały ciosów. Podobnie postąpią z figurami świętych chrześcijańscy reformatorzy około 1300 lat później. Ciekawe, że piękna figurka Sekwany na łódce została specjalnie zakopana w ziemi. Czyżby kapłanka albo kapłan umyślnie schowała ją przed wyznawcami nowej wiary?

Rekonstrukcja rzymskiej Sekwany w parku koło źródła

Figura bogini, prawdopodobnie Sekwany, obecnie w muzeum w Dijon. Odrąbana głowa i ręce, skaleczone piersi

Źródła Sekwany to wielkie sanktuarium, w wilgotnej glebie niedaleko źródła znaleziono mnóstwo danin złożonych w podzięce dla bogini oraz wota błagalne. Około dwustu drewnianych figur przedstawiających ludzkie postacie, głowy, nogi, ramiona, symbole organów płciowych, wątroby, serca, oczu. Błagano ją o zdrowie dla siebie, dla rodziny, dla zwierząt domowych, ale również proszono o przyniesienie pecha nieznośnemu sąsiadowi. Znaleziono również dużo metalowych spinek, symboli, monet, biżuterii.

Niedaleko strumyka znajduje się spory, ogrodzony obszar. Jeszcze 50% sanktuarium nie zostało zbadane. Tam za tą siatką mogą się znajdować prawdziwe skarby. Na tym terenie stało dormitorium oraz dwie świątynie. Niedaleko musiał się znajdować się warsztat stolarski produkujący wota oraz cała infrastruktura dla pielgrzymów.

Aż chciałoby się wybrać z łopatą pod osłoną nocy i szukać…

Jeszcze dalej na północ w Châtillon-sur-Seine znajduje się drugie, niezwykłe źródło rzeki Douix, która 70 metrów dalej wpada do Sekwany. Podobno jest to jedno z najstarszych źródeł krasowych we Francji. Było czczone od niepamiętnych czasów. Również tam znaleziono daniny i wota, głównie z epoki gallo-rzymskiej. Wiele z nich znajduje się w muzeum w Châtillon-sur-Seine, którego główną atrakcją jest przebogaty pochówek tzw. księżniczki z Vix, której poświęcę więcej miejsca w następnym blogu. Kiedyś po prawej stronie źródła stała w niszy figurka św. Marii. Jeszcze do niedawna zachował się zwyczaj wrzucania chleba do wody na święto Matki Boskiej Gromnicznej, drugiego lutego. Rzucanie chleba do wody dla bogini…zwyczaj wspólny wielu starym kulturom. I zgodnie potępiany przez Kościół. Zaakceptowany dopieru po zmienieniu bogini (którą zapewne była i tu Sekwana) na Marię.

Przepiękne źródła Douix

douixwota

Tym razem kamienne, nie drewniane, kończyny, figury, głowy z Douix. Ciekawa para dwóch kobiet z wyeksponowanymi genitaliami, wizerunek bogiń, dwie siostry?

Krótka informacja przy źródle Douix mówi o wielu tajemnicach, które mogą skrywać podziemne wąwozy w krasie, jeden z nich ma około 180 metrów. Jestem o tym przekonana i liczę na zwiększenie dotacji na badania archeologiczne przez rząd francuski.

Mamy sporo szczęścia, bo w wypadku Sekwany zachowało się sporo jej wizerunków. Jest jedną z nielicznych bogiń celtyckich, której nie dodano partnera do towarzystwa. (św. Sekwan został wprowadzony później przez chrześcijaństwo). Podobną czcią otaczane były inne wodne boginie, jak Sirona, Sulis oraz triada Matek. Etymologia imienia bogini grupy celtyckiej Sekwanów nie jest do końca jasna. Galignani w „The History of Paris“ z 1825 roku przypuszcza, że nazwa pochodzi od celtyckiego „squan“, albo „quan“, co oznacza „wić się jak wąż“. Słyszałam też o ryzykownych asocjacjach z piersią, „le sein“. Sekwana to łacińska nazwa rzeki, musimy zatem skoncentrować się na lokalnej nazwie „Seine“. Znamy wiele hydronimów w Europie o podobnych nazwach jak San, Szan, Sanok, Saan, Sayn, Szan, Schan. Celtycki „San“ oznacza rzekę jak Shannon (ir. Siannan), Saona. Etnolog Kurt Derungs widzi źródłosłów jej imienia właśnie w pra-indoeuropejskich językach, san, sen to słowo oznaczające wodę.

Niedaleko źródła Sekwany znajduje się miejscowość St. Seine z klasztorem benedyktynów. To tu zatrzymał się Sigo de Mesmont, czyli późniejszy św. Seine (Sekwan). Według legendy osioł, na którym jechał zatrzymał się, pogrzebał kopytem w ziemi, z której nagle trysnęło źródełko. Jakżeby inaczej. Dobrze przynajmniej, że osioł nie został kanonizowany na uzdrowiciela i pana wody źródlanej. Niedaleko w Blaisy odkopano rzeźbę łodzi z dziobem przedstawiającym wodnego ptaka, podobną do łodzi Sekwany. Łodzie przeprowadzające zmarłych do Innego Świata, Otherworld. Ptaki jako symbole bogini przeprowadzające dusze na Drugą Stronę i jednocześnie przynoszące dzieci matkom jak nasz poczciwy bocian, czy żuraw. Odwieczny motyw w historii człowieka. Barka z Blaisy znajduje się również w muzeum w Dijon.

Chodząc po sanktuariach rzecznych w Burgundii myślałam o świętej rzece Maorysów Whanganui, której w marcu 2017 roku przyznano status osoby prawnej. Maorysi walczyli o to 140 lat, ponieważ czczą rzekę jako mityczną przodkinię. Nie można jej zawłaszczyć, nie można nią rządzić. Jak mówi rzecznik Maorysów Gerrard Albert „my nie jesteśmy panami Natury, jesteśmy jedynie jej częścią“. Whanganui dostała dwóch przedstawicieli, którzy mogą ją reprezentować przed sądem.

Whanganui, święta rzeka karmicielka i przodkini

A Sekwana? A Wisła? A może Puszcza Białowieska, która tej obrony dzisiaj tak bardzo potrzebuje? Musimy czekać 140 lat? Ja nie mam czasu.

Sekwana w pieczarze, bogini obfitości.

Figurka Sekwany z Dijon, troskliwie pochowana w ziemi.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , | 2 Komentarze

Antropologiczne „sensacje”

Science Magazine doniósł 21 lutego 2017, że przebadano pochówek 14 osób, liczący sobie co najmniej tysiąc lat w słynnym Kanionie Chaco w Nowym Meksyku, USA. Udało się pobrać DNA z ich szczątków. I co się okazało? Artykuł zatytułowany „Czy kobiety kontrolowały linię rodu w kanionie Chaco?“ stwierdza: “naukowcy doszli do zadziwiającego wniosku – status elity był przekazywany w linii kobiecej, od matek do synów i córek. I dalej: „większość społeczeństw w starożytności była patrylinearna, tzn. władza czy status były przekazywane przez męską linię rodu. Ale były wyjątki, jak na przykład społeczeństwo Lykii w starożytnej Turcji, w której status elitarny oraz pokrewieństwo przechodziły od matek na córki i synów. Co nie oznacza, że owe społeczeństwa były rządzone przez kobiety, ale wykazuje, że kobiety pełniły ważną rolę w przekazywaniu rodowej linii (w dokładnym tłumaczeniu brzmi to: kobietom była dana ważna rola w przekazywaniu…) Badacze długo debatowali nad tym, czy Chacoanie, mieszkający w wielopiętrowych domostwach, największym ich skupisku w Ameryce Północnej, mieli egalitarne i równościowe społeczeństwo, czy hierarchiczne społeczeństwo z wyodrębnioną elitą. „ (Science Magazine, Garry Shaw, 21 luty 2017).

Kaczina, duch przodków Hopi

http://www.sciencemag.org/news/2017/02/did-women-control-bloodline-ancient-chaco-canyon

Drugi artykuł z Neue Zürcher Zeitung wabi tytułem „Tu rządziły potężne matki“ (NZZ Angelika Franz, 08.04.2017) i dostarcza więcej wiadomości. W części wąwozu Chaco, w Pueblo Bonito, już w 1896 wydobyto bogaty pochówek 14 osób, ale dopiero teraz zespół badacza Stephena Ploga mógł przeprowadzić badania antropologiczne. Ostatni pochówek z roku 1130, nastąpił 330 lat po pierwszym, kiedy w Pueblo zaczęto budować ogromny kompleks budynków z 650 pomieszczeniami. W rozmowie z antropologiem Plogiem autorka dowiaduje się, że w większości społeczeństw Pueblo do kobiet należała ziemia i mężczyźni udawali się do ślubie do domu żony, natomiast do odprawiania ważniejszych rytuałow wracali do domu rodziców. Plog dodaje: „w historycznych społeczeństwach wioskowych (pueblo) wiele obrzędów było przeprowadzanych przez kobiety, ale, jak zwykle za najważniejsze byli odpowiedzialni mężczyźni. Dalej Franz cytuje informację, według której 13% współczesnych etnicznych społeczeństw definiuje się przez pochodzenie od matki. Znajdują się głównie na Pacyfiku i w Afryce. Do nich należy kilka grup na południowym Zachodzie Stanów. Czasy zmieniły się jednak dla wspólnot zamieszkujących do dzisiaj dolinę Rio Grande, wiele uważa się dzisiaj za bilateralne określając swoją przynależność do grupy przez linię rodową ojca jak i matki.

https://nzzas.nzz.ch/wissen/pueblo-bonito-maechtige-mexikanische-muetter-ld.652214

Dwa krótkie artykuły a tyle nieścisłości, nieporozumień oraz braku wiedzy. Science Magazine uspokaja czytelników, że jednak kobiety, którym dana była ważna rola (ciekawa jestem od kogo kobiety mogły dostać ten prezent?) jednak nie rządziły. Dziennikarka z NZZ z kolei jest przekonana, że potężne matki rządziły. Science określa rezultaty badań jako „zadziwiające“, według Ploga najważniejsze rytuały były przeprowadzane przez mężczyzn. Podczas gdy Science przywołuje jeden skromniutki przykład starożytnej Lykki na matrylinearność w dziejach człowieka, Plog zaznacza że jeszcze dzisiaj mamy 13% etnosów w świecie, które określają się przez pochodzenie od matki. Wszystkie te niejasności dowodzą jak bardzo temat społeczeństw o innym systemie niż patriarchalny jest nadal naładowany ideologicznie.

Pueblo Bonito, osiedle przypominające budową ul

Odkrycie antropologów w Pueblo Bonito jest ciekawe, ale nie zadziwiające czy niezwykłe. Potwierdza tylko naukowo dobrze znane fakty. O matrylinearności grup indiańskich pisało już wiele badaczy i badaczek. Dziwne że Science nic o tym nie wie. Już Robert Briffault w swojej książce „The Mothers“ z 1927 roku wspominał o tym. Wspominali o tym pierwsi koloniści na tych terenach, głównie misjonarze, których głównym zadaniem było wyplewienie tego „nieuporządkowanego, pogańskiego“ stylu życia.

Nigdy nie było społeczeństw, w których kobiety „rządziły“. Nawet w pełnych matriarchatach, w których była matrylokalność i matrylinearność, oddawano cześć kobiecym bóstwom i środki produkcji były własnością kobiet. O charakterystyce społeczeństw matriarchalnych więcej na blogu pod tytułem Definicja Matriarchatu pod zakładką Matriarchat.

Dzisiaj mamy jeszcze 13% etnosów na świecie definiujących się przez pochodzenie z matczynej linii. Po kilkuset latach brutalnej walki z wpływami patriarchalnych religii islamu i chrześcijaństwa, skutecznie wykorzeniających niezależność kobiet na wszystkich kontynentach. Wyobraźmy sobie przez moment, że kolonizacja przez monoteistyczne religie nie miała nigdy miejsca, jaki mielibyśmy dzisiaj procent społeczeństw matriarchalnych? Dwa razy tyle, trzy razy tyle? Imagine…

Parę faktów

O tradycyjnej kulturze Hopi, Navajo i Zuni, którzy wraz z innymi grupami zamieszkiwali wcześniej okolice kanionu Chaco możemy się dowiedzieć więcej z książki Heide Goettner-Abendroth „Matriarchat II,2“ ,Verlag V. Kohlhammer, Stuttgart, Berlin, Koeln, 2000.

„Tradycyjne gliniane domy Hopi są zbudowane według zasad tzw. kultury pueblo z poludniowo-zachodniej Ameryki Północnej, w której wielopoziomowe kubiczne struktury były budowane jedne na drugich. Najniższe pomieszczenia nie miały drzwi, tylko otwory w dachu z drabinami, które można było usunąć w razie niebezpieczeństwa. Również do górnych pomieszczeń można się było dostać przy pomocy drabin. Każda wioska miała parę „kiw“, czyli wielkich, okrągłych, wykopanych w ziemi spichlerzy, w których w zimie było ciepło a w lecie chłodno. Były jednocześnie miejscami kultu dla mężczyzn i kobiet. Ściany owych kiw były pięknie zdobione, po jednej stronie był budowany ołtarz używany podczas świąt. (…)

Owa metoda budowania wiosek sięga do czasów dobrze archeologicznie zbadanych wcześniejszych kultur Mogollonów, Hohokamów i „Anasazi“, z terenów, które historycznie powinny należeć dzisiaj do Hopi. Są oczywiście o wiele większe niż ich sztucznie wyznaczony rezerwat, który został zmniejszony o jedną trzecią ze względu na ekspansywnych Navajo, leży on w trójkącie pomiędzy rzekami St. Juan, Kolorado i Mniejsze Kolorado i rozciąga się od Wielkiego Kanionu na zachodzie do Kanionu Chaco na wschodzie. Hopi uważają twórców tzw. kultury „Anasazi“ za swoich przodków. (…) Str. 76

W tych wszystkich czasach kobiety były najprawdopodobniej architektkami i szefowymi budowy. Pierwsi hiszpańscy misjonarze, którzy mieszkali wśrod Indian pueblo, donosili, że do tej pory żaden mężczyzna nigdy nie przyłożył ręki do budowy domu. Kiedy nieświadomi sytuacji padres polecili jednemu mężczyźnie budowę muru, popadł on w głęboką frustrację, został otoczony przez grupę kobiet i dzieci, które krzyczały i śmiały się do rozpuku, ponieważ sam pomysł, że mężczyzna ma budować dom wydawał im się najkomiczniejszy na świecie. I rzeczywiście, zgodnie ze sprawozdaniami misjonarzy, ich wielkie domostwa i kościoły były budowane przez kobiety wraz z dziećmi, podczas gdy mężczyźni zajmowali się tkaniem, pracą na polu, polowaniem i sporadycznie walką. Aż do dzisiejszych czasów budowanie domów (z wyjątkiem ciężkiego obelkowania dachu), było u Hopi i Zuni kobiecym zajęciem. Str. 80

Indianka Hopi z charakterystyczną fryzurą Micki Mouse

Od 1881 do 1944 Indianie Hopi byli odwiedzani przez wybitnych etnologów (Voth, Fewkes, Stephen, Curtis, Parsons, Titiev) którzy zarejestrowali w owych latach obraz tradycyjnej matriarchalnej kultury obecnie znajdującej się w odwrocie. (…) Budowa Pueblo odzwierciedla architektonicznie matrylokalność Hopi oraz strukturę ich klanów. Domy nie tylko należały wyłącznie do kobiet oraz były przez nie budowane, ale mieszkania dla córek powstawały nad albo przy głównym budynku. W rezultacie powstawały typowe dla kultury Pueblo sześciany, dołączane bokami czy stawiane na sobie, które odpowiadały organicznemu i nieregularnemu rozwojowi kobiecego klanu.

Do tej formy matrylokalności dochodzi matrylinearność w postaci przekazywania imienia w kobiecej linii, co oznaczało że dzieci należą do klanu matczynego. Kiedy mężczyzna mówił o „swoim domu“ miał na myśli dom swojej matki. Do okresu, kiedy hiszpańscy misjonarze nie zaczęli wpływać na Indian Pueblo, młodzi chłopcy oraz mężczyźni nie mieszkali w domach kobiet, lecz udawali się po pracy na polu na odpoczynek nocny w kiwas, z których każda należała do osobnego klanu. Tym samym można określić ów system relacji międzypłciowej jako klasyczne matriarchalne małżeństwo odwiedzinowe. Ta sytuacja była oczywiście przez misjonarzy ostro krytykowana i w końcu zmieniona, obecnie zarówno Hopi jak i inne grupy Pueblo żyją w ściśle monogamicznych związkach, znają pojęcie „ojca“, są świadomi ojcostwa swoich dzieci i żyją w „uporządkowanych stosunkach rodzinnych“ w ten sposób, że mąż mieszka w domu swojej żony (uxorilocal). Mimo wszystko jednak pozostają wierni swojej matriarchalnej tradycji, ponieważ mąż pozostaje gościem w domu żony, dzieci nie przybierają jego nazwiska. Rozwody są łatwe i nie szkodzą dobremu imieniu kobiety. Podstawą jej egzystencji pozostaje nadal matczyny klan. Ten matryklan jest u Hopi komórką społeczną, jej przedstawicielem jest najstarsza kobieta. Do klanu należą bracia matki, córki, niezamężni synowie, wnuki i prawnuki. Siostry owego klanu wychowują dzieci wspólnie, dzieci nazywają je wszystkie „matkami“. Zdarza się, że czasami dorośli nie zdają sobie sprawy, która z kobiet jest biologiczną matką. W przypadku śmierci jednej z sióstr dzieci są automatycznie adoptowane przez inne siostry (…) Str. 82-83

Mężczyzna Hopi pozostaje gościem w klanie swojej małżonki, nawet jeżeli spędza całe swoje dorosłe życie w jej domu. Pracuje na jej polu, czyli na polu należącym do jej klanu i wyłącznie do kobiet w klanie. W okresie żniw oddaje wszystkie płody ziemi w ręce żony. Jego duchowym domem jest klan jego matki i sióstr. To tam często powraca aby przeprowadzać z braćmi ceremonie klanowe i aby brać udział w wychowaniu dzieci sióstr. (…)

Głównym zadaniem kobiet jest mielenie mąki z różnokolorowych odmian kukurydzy, które mężczyzna przynosi z pola oraz karmienie rodziny potrawami z kukurydzy. Kobieta jest karmicielką na wzór troskliwej Matki Ziemi, której mlekiem jest mąka kukurydziana. Kukurydza jest świętą rośliną a jej mąka świętą daniną. Kobiety nie tylko żywią nią ludzi, ale również Kacziny, bóstwa i duchy przodków, jest używana przy każdym oficjalnym obrzędzie. Żaden duch przodków nie przyniesie błogosławieństwa, jeżeli nie zostanie nakarmiony przez kobiety mąką. Również żaden tancerz w masce, który uosabia ducha przodków nie będzie mógł tańczyć, jeżeli nie zostanie posypany przez kobiety mąką kukurydzianą i nie dostanie obrzędowego chleba „piki“. Nawet najświętsze przedmioty rytualne jak maska boga klanowego („Wuya“) i jej „Tiponi“, rzeźba z kolb kukurydzianych i piór są karmione przez matkę klanową mąką kukurydzianą, aby Wuya mógł odżyć podczas tańcu Kaczin. Tiponi nazywa się „Matką Ceremonii“. Str. 83-84.

Obrzędy Hopi, którzy nazywają się „pokojowym ludem“, i którzy głoszą, że wolą umrzeć z głodu niż brać udział w wojnie, są wielce skomplikowane i różnorodne i dlatego zadziwia mnie stwierdzenie amerykańskiego antropologa, że ważniejsze rytuały były przeprowadzane przez mężczyzn. Facts, please…

Cieszy mnie naukowe potwierdzenie przez antropologów faktu, że ludzie w grobie z Pueblo Bonito byli połączeni matczyną linią rodową. Martwi mnie, że tego rodzaju odkrycia sprzedaje się jako tanią sensację. Woda na młyn komentatorów w internecie, mogą się wypowiadać o „rządach kobiet“ i prześcigać w złośliwościach. Nigdy nie doczekamy się poważnej i głębokiej analizy oraz konkretnych informacji. Po co ludziom mieszać w głowach? Przecież wiadomo, że rodzina nuklearna jest wieczna, wszystkie inne odmiany to egzotyczne wyjątki, nad którymi nie warto się zastanawiać.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , | Dodaj komentarz

Demokracja, fallusy i zemsta

W 415 roku p. n. e., pewnego poranka w lecie, Ateńczycy obudzili się, wyszli na ulice i zamarli. Nie mogli uwierzyć, że ktoś mógł dokonać takiego brutalnego aktu. Prawie wszystkie hermy stojące przed domami zamożnych Ateńczyków i przed budynkami publicznymi zostały zdewastowane. Na kamiennych prostopadłych kolumnach ozdobionych głową boga Hermesa oraz penisami w stanie erekcji nieznani sprawcy odrąbali genitalia. Akurat przed wielka wyprawą łupieżczą Ateńczyków na Sycylię. Politycy załamywali ręce i wróżyli koniec demokracji. Jakiej demokracji? Czy system wyłączający połowę ludności z możliwości współdziałania w życiu politycznym i społecznym był prawdziwą demokracją? Rządy fallusa w Atenach omawia świetna książka Evy C. Keuls „The Reign of the Phallus“. Sexual Politics in Ancient Athens. University of California Press. Berkeley. Los Angeles. London. 1993, którą gorąco polecam.

Ityfaliczny Hermes

Ityfaliczny Hermes

Właśnie teraz, przed dniem 8 marca, warto sobie przypomnieć, że poniżanie kobiet było „demokratycznie“ ustanowioną tradycją w Atenach, owa tradycja została przejęta później przez myślicieli rzymskich i chrześcijańskich i akceptowana również w czasach współczesnych. Jak wspomina Eva Keuls: „Do najbardziej przekonanych mizoginistów należał Fr. Nietzsche, który zaczął karierę jako klasyczny filolog. W swoim eseju „Grecka kobieta“ uważa że zredukowanie kobiety do statusu warzywa jest nieuchronne w postępowej i twórczej kulturze„. Nasza, klasyczno-chrześcijańska kultura wyrosła na pseudo-demokracji ateńskiej, która dopuszczała niewolnictwo, która zredukowała kobiety do bezwolnych objektów, przekazywanych od ojców do mężów.

Rządy fallusa

„Kiedy społeczeństwo jest zdominowane przez mężczyzn, którzy izolują swoje żony i córki, umniejszają kobiecą rolę w reprodukcji, wznoszą pomniki męskim genitaliom, uprawiają seks z synami rówieśników, sponsorują publiczne burdele, tworzą mitologię gwałtu oraz ubóstwiają dzikie potrząsanie szabelkami, wtedy można z całym przekonaniem mówić o rządach fallusa. Klasyczne Ateny były takim społeczeństwem.“ (E.K. str. 1)

Muszę tu dodać, że ten czczony fallus Ateńczyków miał dosyć skromne proporcje. Idealny fallus powinien być niewielki. Duże rozmiary były uważane za wulgarne, tylko barbarzyńcy i satyrzy posiadali duże penisy. Arystoteles dorzucił swoją „naukową“ interpretację: mały penis jest bardziej płodny od dużego, ponieważ nasienie, przepływające przez niego przebywa krótszą drogę i nie ulega schłodzeniu.

Kobieta ateńska miała do wyboru trzy role: hetery, konkubiny oraz żony. W zbiorze pism szkoły Demostenesa „ Przeciw Neajrze“ sprawa postawiona jest jasno: „trzymamy hetery dla przyjemności, konkubiny mają dbać codziennie o nasze ciało, a żony mają rodzić prawowite dzieci i opiekować się domem“. Legalnym określeniem żony było słowo damar, pochodzące od rdzenia znaczącego „podporządkować“, albo „ujarzmić“. Kiedy kobieta zjawiała się w domu narzeczonego, wysypywano na jej głowę kosz orzeszków na szczęście, podobnie jak w ceremonii przyjmowania nowego niewolnika pod dach. Kobieta nie mogła korzystać z opieki prawa, była własnością najpierw swojego ojca a potem męża. Nie mogła przeprowadzać operacji finansowych, nie mogła posiadać ziemi, jeżeli miała braci to tylko oni mieli możliwość dziedziczenia po ojcu. Dostawała jedynie od niego posag, który przechodził w ręce męża. W wypadku dziedziczek (epikleros) niemających braci, powinny one ożenić się z najbliższym krewnym ich ojca, tak aby majątek został w rodzinie. Kobiety ateńskie praktycznie nie opuszczały domu, a jeżeli im się to zdarzało musiały zasłonić twarz. Prawdopodobnie ta tradycja została przejęta potem przez islam.

Jednym z twórców ateńskiej demokracji był Solon. W szóstym wieku p.n.e. zmienił system polityczny i ekonomiczny Aten. To on miał wpływ na wprowadzenie nowych praw, dotyczących życia rodzinnego i seksualnego. To on wprowadził instytucję burdelu podległego państwu, to on wprowadził prawa rodzinne, według których ojciec mógł sprzedać córkę jako niewolnicę, jeżeli straciła dziewictwo przed małżeństwem. Podobno reagował tym samym na rozpasanie wcześniejszych Greków. Tym „rozpasaniem“ nie było nic innego jak względna wolność kobiet. To było jasne.

Kto rodzi?

W Eumenidach Ajschylosa Apollo stwierdza: „Nie matka jest rodzicem dziecka, mimo że tak jest nazywana: ona jest tylko niańką niedawno zasianego zarodka. Ten, kto ją posiadł rodzi: ona jest obcą dla obcego, tylko przechowuje ziarno, jeżeli bóg go nie zniszczy. I dam wam dowód na moją argumentację: może być ojcostwo bez matki. (E.K. str. 33)
I rzeczywiście attyckie motywy w mitologii obfitują w opowieści o boginiach, które nie chcą, albo nie mogą mieć dzieci, i w historie o męskim „macierzyństwie“, w którym mężczyźni są w stanie urodzić dziecko z różnych części ciała albo bezpośrednio z własnego nasienia.

Męska wola przywłaszczenia prawa do prokreacji oraz sprowadzenie kobiety do roli wyłącznie inkubatora jest podstawową przyczyną represji i płciowego antagonizmu. Nigdzie nie jest to lepiej przedstawione niż w społeczeństwie ateńskim. Rozumowanie Arystotelesa, wyłożone szczegółowo w jego „Pokoleniu Zwierząt“ brzmi następująco. Jako że mężczyzna wydala nasienie a kobieta krew menstruacyjną, zapłodnienie odbywa się w momencie menstruacji. W związku z tym, że krew ma własności jedynie żywiące a nie prokreacyjne, kobieta nie ma generującej mocy i zapewnia jedynie okresowe pożywienie. Logicznie rozumując, kobieta jest tylko mężczyzną bez genitali, jest okaleczonym mężczyzną, twierdzi Arystoteles, jakby przewidując freudowską teorię „zadrości o penis“. Dziwaczność argumentacji jest poparta obserwacją, że nawet blizny dzieci są dziedziczone po ojcu a nie po matce i że kobiety szybciej się starzeją. Nawet fakt, że kobiety rzadziej łysieją jest oznaką ich niższości: są bardziej „dziecinne“. Wśród przykładów mizoginii Arystotelesa, strojących się w pióra nauki, nadirem jest stwierdzenie że kobiety mają mniej zębów od mężczyzn.“ (E.K. str. 138)

Do systemu upokorzenia i ubezwłasnowolnienia kobiet należała praktyka wydawania bardzo młodych dziewcząt za mąż. Miały 14 albo 15 lat, czasami były młodsze. W „demokracji“ ateńskiej osiemnastolatka była już dojrzałą kobietą. Klasyczni Grecy doskonale zdawali sobie sprawę, o co chodzi w tej praktyce. „Czyż nie poślubiłeś jej w tak młodym wieku jak to było możliwe, żeby nie mogła zbyt dużo widzieć i słyszeć?“ pyta Sokrates Ischomachusa. (E.K. str. 104).

Przedwczesne macierzyństwo niosło ze sobą niebezpieczeństwo śmierci dziewczynki przy porodzie. To był znany problem w społeczeństwie ateńskim, na którzy macho Attyki również znaleźli rozwiązanie, śmierć w połogu została podniesiona do rangi kobiecej martyrologii, równej bohaterskiej śmierci na polu bitwy. Plutarch wspomina o praktyce, wedle której na nagrobkach wolno było umieszczać tylko imiona mężczyzn zabitych w wojnie oraz kobiet zmarłych w połogu. Dziewczęta z wyższych warstw arystokracji braurońskiej były przygotowywane na śmierć w połogu, która miała być naturalną konsekwencją małżeństwa.

Utrzymywanie kobiet w stanie niewiedzy było głównym składnikiem dominacji „nie pozwalaj kobiecie rozwijać rozumu, bo to byłoby straszne“. Dramaturg Menander: „ten kto uczy żony liter jest w błędzie, dodaje tylko trucizny potwornemu wężowi“.

Motyw rozpaczających matek nad zabitymi dziećmi był również niezwykle rozpowszechniony w tradycji attyckiej. Pieta chrześcijańska ma swoje źródło w kulturze greckiej.

Paniczny strach przed kobietami

Kobiety można było ujarzmić i sprowadzić do funkcji niewolnika. Ale jednak, jak to mówi Eva Keuls, panowie świata nie siedzieli na swoim tronie spokojnie. Gdzieś czaił się paraliżujący strach, że poddane rzucą się do gardeł. Wspominałam już o tym w poprzednich blogach o Amazonkach. Amazonki były dla Greków źródłem fascynacji, ale i potwornego strachu. Motyw Amazonek był obecny w całej kulturze klasycznych Aten, dziewczynki bawiły się lalkami, które uosabniały Amazonki. Już to samo jest niezwykłe, w naszej kulturze, w której kobiety wywalczyły niezawisłość dziewczynki są zafascynowane wizerunkami nierealnych, pasywnych, długonogich Barbie, w Atenach, z kolei, dziewczynki, które nie mogły decydować o swoim życiu, bawiły się figurkami walecznych Amazonek. Te figurki były często składane w ich grobach.

Legenda o kobietach walczących z mężczyznami i wyłączających ich ze społeczeństwa jest mitologicznym archetypem w walce międzypłciowej i wytwarza to co Phyllis Chesler nazwała „Uniwersalnym Męskim Koszmarem“. Z całej klasycznej starożytności przetrwało ogółem około 800 przzedstawień Amazonek. Nigdzie nie było ich tak dużo jak w Atenach: obrazy greckich herosów mordujących Amazonki sztyletem względnie maczugą były wszędzie w malarstwie, rzeźbie, na ceramice. Na figurze nr. 1, detal z malowidła na amforze, bojowa wojowniczka, rozpoznana jako królowa Amazonek Hippolyta celuje włócznią w obnażone genitalia nagiego Greka, prawdopodobnie Tezeusza, bohatera ateńskiego. Amazonka po lewej stronie kieruje ostrze włóczni na podbrzusze innego greckiego wojownika. Męskiemu obserwatorowi owe sceny wydają się mówić: kobiety zagrażają naszej męskości i trzeba je ujarzmić, aby nie były w stanie powstać przeciwko nam…“ (E. Keuls, str. 2)

Wraz z Amazonomachią również inne dziedziny jak prawo, teatr czy zasady życia codziennego przedstawiają kobiety jak dzikie tygrysy w klatce, które tylko czekają na możliwość wyrwania się na wolność i zemszczenia się na mężczyznach. Obawiano się, że jakiekolwiek ulgi w stosunku do kobiet mogłyby doprowadzić do totalnego załamania się porządku społecznego zbudowanego przez mężczyzn. Czy ta trwoga nie jest nam również dobrze znana i dzisiaj?

Zemsta

Podobne motywy lęku przed kobiecością można zaobserwować w ewolucji podań mitologicznych, w żadnym innym okresie nie było tyle gwałtów i aktów przemocy na boginiach i śmiertelnych kobietach jak w Attyce. Eva Keuls nazywa ten proces defeminizacją mitologii. Do tej defeminizacji przyczynił się wybitnie Hezjod, grecki epik z 8 w. p.n.e., który wprowadził nowe elementy do podań greckich. To on stworzył w „Pracach i Dniach“ nowy wizerunek Pandory, która odtąd stała się przedstawicielką kobiecej płci. W wersji Hezjoda Zeus nakazuje Hefajstosowi stworzyć ją z „psim rozumem i złodziejskim charakterem“, jako karę dla ludzi, w odwecie za dar ognia Prometeusza. „Pandorea“ oznacza „wszystko dająca, rozdająca“, częsty przydomek towarzyszący wcześniejszym boginiom płodności.

Oficjalna religia patrycjuszy Aten miała mało wspólnego z kultami ludowymi, w których nadal czciło się lokalne boginie i bogów. Kobiety nadal odgrywały główną rolę w misteriach eleuzyjskich, poświęconych Demetrze, jej były poświęcone Tesmoforia. Misteria eleuzyjskie były świętem wszystkich, wolnych obywateli i niewolników, wybrańcy wtajemniczeni w zamknięte obrzędy w ramach święta nie mogli zdradzać ich przebiegu pod karą śmierci. Ateńczycy przejeli kontrolę nad świętami eleuzyjskim w 7 w. p.n.e., ale nie byli w stanie wykorzenić matriarchalnej symboliki. Wprowadzono jednak figurę chłopca Iakchosa, potem nazywanego Triptolemosem. To jemu w nowej wersji Demeter ma zawierzyć tajemnicę uprawiania ziemi. Ma on ową tajemnicę podarować ludziom na wzór Prometeusza, zostając przy tym męskim bogiem płodności. Eva Keuls stwierdza, że wprowadzenie owego męskiego bóstwa do kultu eleuzyjskiego było częścią nowej patriarchalnej mitologii, która towarzyszyła powstaniu potęgi Aten.

Raz w roku, latem, kobiety ateńskie mogły poczuć się wolne i mogły poruszać się pod osłoną nocy po mieście. Celebrowały swoje własne święto Adonię, do którego mężczyźni nie mieli dostępu, wielbiły miłosną historię Afrodyty i Adonisa, odtwarzały śmierć i pochówek młodego boga. Eva Keuls uważa, że kult Adonisa był prawdopodobnie jedyną formą wyrażenia uczuć, którą Atenki wykreowały dla siebie, bez męskiego dyktatu i ingerencji. Wszystko w tym kulcie było protestem przeciwko istniejącemu porządkowi.

Fragment ceramiki z Luwru przedstawiający święto Adonisa

Fragment ceramiki z Luwru przedstawiający święto Adonisa

Adonis pochodzi z Orientu, ma cechy bogów semickich, syryjskich, fenickich i cypryjskich. Jest wytworem incestu i uwiedzenia przez kobietę. Jego matka Myrrha (drzewo mirtowe) po odrzuceniu wielu propozycji małżeństwa, uwiodła własnego ojca i zaszła w nim w ciążę. Bogowie zamienili ją w drzewo, z którego narodził się Adonis. Był tak piękny, już nawet w młodym wieku, że oczarowywał zarówno kobiety jak i mężczyzn. Był wstydliwy i dawał się uwodzić. Afrodyta zarzuca na niego sidła wyjątkowo łagodnie (…) Adonis jest sprawny seksualnie, ale niepłodny. (…) Podczas festynu kobiety kobiety przenosiły się na dachy domów, co już samo w sobie było aktem buntu i spędzały noc na świeżym powietrzu wśród doniczek z roślinami w tak zwanym Ogrodzie Adonisa. Doniczki zawierały różne zioła i warzywa. (…) Po opłakiwaniu boga na dachach kobiety obnosiły jego figurę wokół miasta i na końcu topiły ją w morzu. (E.K. str. 23)

Najczęstszym ziołem w Ogrodach Adonisa był mirt. Nazwa rośliny jest synonimem kobiecych genitalii, a jego jagoda (to myrton) określa klitoris. Mirt ma bardzo bogatą symbolikę. W greckiej mitologii był poświecony Afrodycie i Demetrze. W Rzymie mirt towarzyszył Wenus. Podczas Veneralii kobiety kąpały się w wiankach z mirtowych gałązek, używano go również jako ozdoby podczas obrzędów ślubnych.

W żydowskiej liturgii, mirt jest jednym z czterech świętych roślin w święcie Sukkotu, czyli Kuczek. W mistycyzmie żydowskim mirt jest falliczną, męską siłą Wszechświata. Jego gałązka była czasami dawana panu młodemu przed wejściem do małżeńskiej sypialni. To wyraźne przejęcie i zawłaszczenie kobiecej symboliki.

W czasach współczesnych mirt jest używany w neopogańskich rytuałach podczas święta Beltane. W całej Europie panuje tradycja ślubnych wianków z mirtu, z jego gałązek plecie się również korony w ukraińskich ślubnych ceremoniach. Tu symbolika jest spójna z archaicznym znaczeniem, zabrać wianek oznacza rozdziewiczenie, „zawłaszczenie“ waginy.

Oprócz Adonii kobiety obchodziły późną jesienią Tesmoforie, trzydniowe święto z fascynującym rytuałami na cześć Demetry, której poświęcano prosiaki. To było wyłącznie kobiece święto, mężczyznom nie wolno było w nim uczestniczyć, uczestniczki obowiązywała tajemnica. Jednym z rytuałów było używanie obscenicznego języka (aischrologia) tzn. „mówienie o sprośnych sprawach“. Do dzisiaj utrzymały się w niektórych greckich wsiach pewne zwyczaje, będące pochodnymi tego święta: w jednym dniu w roku, mężczyźni zostają w domu, gotują i opiekują się dziećmi a kobiety wychodzą pracować na polach.

Niewiele wiadomo o obrzędach rytualnego szaleństwa kobiet czczących Dionizosa, czyli Menadyzmu. Nasilenie owego kultu nastąpiło w okresie najostrzejszej polaryzacji płciowej w Atenach, na początku 5 w. p.n.e.

Wróćmy jednak do Adonii i gorącego lata w 415 roku p.n.e. Historyk Thucydides urodzony prawie pół wieku później informuje, że podczas przygotowań do wyprawy na Sycylię, jednej nocy niemal wszystkim hermom w Atenach obcięto „przód“. Kto to zrobił? Eva C. Keuls jest pewna – to były Atenki, które skorzystały z wyjątkowej możliwości poruszania się nocą po mieście.

Jeszcze o Tesmoforii odbywającej się u podnóża Akropolu. Podczas festynu wybrane kobiety schodziły do wykopanych dołów, do których zostały wcześniej wrzucane prosiaki. Kobiety wynosiły ich rozkładające się szczątki układając je na ołtarzach,

Baubo na świni

Baubo na świni

razem z nasionami zbóż. Niektóre źródła wspominają o wężach odwiedzających doły. Jako że świnie czy prosiaki były stałą metaforą dla waginy od niepamiętnych czasów a węże mają falliczną naturę można było przyjąć, że w dołach odbywała się symboliczna kopulacja. Maciora jest symbolem ludzkiej płodności. W greckim nazwa świni „choiros“oznaczała również kobiece genitalia. Grecka nazwa lochy „kapraina“ była synonimem lubieżnej i sprośnej kobiety. Imiona takie jak Choiris, Choirina, Choiridion można było przetłumaczyć jako Cipka, Cipeczka czy Cipsko.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Żródła Nîmes

Nîmes na granicy Langwedocji i Prowansji, miasto słynnego źródła czczonego od tysiącleci przez ludy proto-celtyckie, plemiona celtyckich Wolków, Greków, Etrusków i Rzymian. Podobno opiekunem źródła miał być celtycki bóg Nemausus, od którego pochodzi nazwa miasta. Wyjątkowo niewyraźna postać, słabo udokumentowana, nieznana poza Nîmes. Skąd się wziął? Przecież źródła były przeważnie pod pieczą bogiń, nimf, triad (tak jak Coventina, Minerva, Sulis, Gwenn, Sekwana itd.), patronat nad źródłami męscy święci przejeli dopiero w późniejszych czasach rzymskich oraz w pierwszych wiekach chrześcijaństwa w Europie. Drugi patron miasta to św. Baudile, koniecznie musiałam się przyjrzeć miejscu jego martyrologii, gdzie odcięta głowa świętego spadając na ziemię odbiła się trzy razy. W każdym miejscu wybiło źródło. Jedźmy więc do Nîmes i odkrywajmy jego tajemnice. glowanimes

La Source

Tuż przed stacją szeroki bulwar prowadzi do wielkiego placu z fontanną z XIX wieku. Tronuje na nim alegoria miasta w postaci klasycznej bogini, noszącej zamiast korony model świątyni rzymskiej Maison Carrée. Figury u jej stóp symbolizują rzeki i źródła okręgu Gard: źródło w Nimes, Rodan, Gardon, źródło Eure. To ostatnie źródło znajduje się niedaleko imponującego rzymskiego akweduktu Pont du Gard. Dziwne, że twórca fontanny nie uwiecznił na niej Nemaususa. Mało tego, źródło Nîmes jest reprezentowane przez kobietę Nemausę.

fontannanemausa

Pierwsze kroki kieruję do najważniejszego miejsca w północno-zachodniej części miasta. Tu u podnóża wzgórza, które porastał święty gaj, bije źródło głębokie na sto metrów, cel pielgrzymek od tysiącleci. 500 lat p.n.e. celtyccy Wolkowie nazywali ducha tego miejsca Namau, Grecy Nemos, Rzymianie zmienią potem imię na Nemausus. Na północ od źródła, na szczycie wzgórza znajdujemy wysoką wieżę Tour Magne, zbudowaną jeszcze za Celtów i przerobioną przez Rzymian. Naukowcy twierdzą, że zbudowano ją jako objekt kultu a nie dla celów obronnych. Była jednym z elementów świętego gaju. Prawdopodobnie służyła również do obserwacji astronomicznych. Jeżeli staniemy na jej szczycie to dokładnie zobaczymy miejsce kaźni św. Baudilla, położone w prostej linii parę kilometrów dalej na wschód.

Cudowne źródło w Jardins du Fontaine.

Cudowne źródło w Jardins de la Fontaine.

Okolice źródła zostały przebudowane w park publiczny, Jardins de la Fontaine w XVIII wieku. Niedaleko imponującego Nympheum znajdują się ruiny świątyni Diany. Ani patronat bogini nie jest potwierdzony, ani jej przeznaczenie do końca jasne. Niektórzy naukowcy twierdzą, że świątynia zbudowana w czasach cesarza Augusta była biblioteką. Inni odrzucają tę teorie, nisze w ścianach są zbyt płytkie na książki, bliskość źródła miałaby fatalny wpływ na papirus. Alain Veyrac wystąpił z  hipotezą, że świątynia mogła być miejscem, w którym pielgrzymi spędzali noc śniąc prorocze sny. Rano udawali się do wyroczni, która odpowiednio je interpretowała. Ta teoria jest potwierdzona przez wotywa znalezione w wykopaliskach, dziękujące za przepowiednie otrzymane we śnie.

Świątynia Diany niedaleko żródła

Świątynia Diany niedaleko żródła

Éric Teyissier, autor fascynującej książki „Nîmes, la Romaine“ (Rzymskie Nîmes, Alcide, 2016, Nîmes) potwierdza przypuszczenia wcześniejszych badaczy: nazwa Namau pochodzi zdecydowanie od celtyckiej nazwy nemeton, oznaczającej święty gaj, miejsce kultu i obrzędów. Określenie to jest obecne w toponymii Europy od Szkocji, przez Hiszpanię, Niemcy aż do Anatolii. Pochodziło od celtyckich Nemetonów (Uświęconych), oraz ich bogini Nemetony. Pierwsza zagadka rozwiązana, pan Nemausus to fikcja. Pozostaje jeszcze inne pytanie: jakie bóstwa były czczone w świętym gaju? Na szczęście mamy o tym sporo informacji, przy budowaniu Jardins de la Fontaine, odkopano wiele figur, ofiar dziękczynnych i ołtarzy. Np. na jednej stelli z końca 11 wieku p.n.e. został zachowany napis w jęz. Gallów, wykuty w greckim alfabecie, mówiący o poświęceniu jej „matkom Namausikom“ (Mères Namausiques). Inny napis, z późniejszego okresu brzmi: „Segomaros Villoneos, obywatel Nîmes, poświęcił Belisamie to święte miejsce“. Belisama, celtycka bogini rzek i rzemiosła jest wymieniona miedzy innymi na mapie Brytanii Ptolomeusza, jedno z dorzeczy rzek, Ribble albo Mersey, nosi jej imię Βελίσαμα. Można je odnaleźć dzisiaj we francuskiej toponymii: Belesmes, Blesmes i Blismes. Znaleziono również figurę Apolla i przedstawienia Hermesa. Jednakże najwięcej tablic i ołtarzy było związanych z celtycko-rzymskimi Matkami czy Matronami, boginiami bardzo popularnymi na terenie Galii. Inny ołtarzyk znaleziony na terenie Jardins du Fontaine nosi dedykacje od Seweryny, która ofiarowała go nimfom.

Ołtarzyk trzech Matron (muzeum archeologiczne w Dijon), jeden z wielu znalezionych na terenie Francji i Niemiec. Są różnego wieku, w rękach trzymają rogi obfitości, czasami całuny czy patery.

Ołtarzyk trzech Matron (muzeum archeologiczne w Dijon), jeden z wielu znalezionych na terenie Francji i Niemiec. Są różnego wieku, w rękach trzymają rogi obfitości, czasami całuny czy patery.

 

I teraz jeden z najbardziej tajemniczych kultów nad krynicą: znaleziono 21 dedykacji dla Les Proxumes. Trudno przetłumaczyć ich imię, może oznaczać m.in. „Najbliższe“, względnie „Następne“. Inne ich ślady znaleziono w Vaison oraz w dolinie Rodanu. Teyissier przypuszcza, że należały do proto-celtyckich bóstw lokalnych. Ich ołtarzyki są przeważnie poświęcane przez kobiety dla siebie i dla najbliższych. Są duchami opiekuńczymi i uzdrawiającymi. Nie ma ich przedstawień, oprócz jednego ołtarza…a na nim trzy zawoalowane kobiece głowy. Trójka kobiet! Jeszcze jedna trójca, prawdopodobnie starsza od Matron. Ich osłaniające welony to cecha charakterystyczna dla starych bogiń, przypomnijmy tu starą Cailleach „Zasłoniętą“. A więc kult Trzech Pań nie kończy się na Alzacji, ale sięga aż do Langwedocji. Piękna niespodzianka! Na tym przygoda nad źródłem jeszcze się nie kończy. W wykopaliskach w XVIII wieku znaleziono czworobok z 3 wieku n.e. ozdobiony na czterech ścianach kobiecymi genitaliami. Możliwe, że ten kamień był albo częścią ołtarza, albo podstawą rzeźby frygijskiej bogini Kybele. Niedaleko Nîmes znaleziono podobny kamień z vulvami poświęcony Kybele.

nimeskamien

Ilustracja pochodzi z książki „Rzymski Nîmes”

Do Nîmes dotarły jeszcze inne orientalne kulty, znaleziono również figury egipskiej Izydy a osiemdziesiąt kilometrów dalej, źródło termalne było poświęcone, jak pisze Teyissier „bogowi uzdrawiającemu“ Maimonie. No cóż, Maimona była zdecydowanie boginią, jej imię jest znane od Indii do Egiptu.

Tym samym Nemausus jako opiekun źródła, wymieniany do znudzenia we wszystkich przewodnikach i opisach miasta jest zupełnie niewiarygodny. Genius loci tego świętego miejsca został zmaskulinizowany przez Rzymian, aby zrównać celtycką tradycję z rzymsko-greckimi patronami arystokracji rzymskiej jak Apollo czy Jupiter. Lepiej pasował do panteonu niż Matres, tajemnicze Proksumy, Nimfy czy Kybele, najstarsze opiekunki tego świętego miejsca.

Męczeństwo św. Baudilla. saint_baudilus_of_ni%cc%82mes_-_cathedrale_notre-dame-et-saint-castor_-_ni%cc%82mes_2014

Drugi etap poszukiwań prowadzi na wzgórze, położone parę kilometrów na wschód od Jardins de la Fontaine. Wędrówkę zaczynam od kościoła św. Baudilla, największego kościoła w Nîmes, zbudowanego w 1877 w stylu neo-gotyckim. Potem kieruję się na północ, na wzgórze Le Crémat, niewysokie, najwyżej 100 metrów. Droga prowadzi przez wąskie ulice do neogotyckiego kościółka św. Łukasza. Le Crémat ma należeć do siedmiu pagórków Nîmes. Trochę naciągana historia, wiele miast chciało koniecznie mieć siedem wzgórz na wzór Rzymu. Po lewej stronie od kościoła św. Łukasza odchodzi ulica Trois Fontaines.

Trzy Fontanny jak w Bretanii gdzie, w miejscu zwanym Trzema Fontannami pojawiła się trójpierśna św. Gwen (vide wpis o bretońskich źródłach z listopada). Również w Niemczech i w Szwajcarii mamy Dreibrunnen. Niezwykłe zjawisko. Już jedno źródło było święte i wyjątkowe. A tu nagle trzy na raz! Jak trzy Matrony, Panny, Parki czy Proksumy. Maszeruję dalej, zachwycam się kwitnącymi mimozami i opowiadam mojemu sceptycznemu towarzyszowi wędrówki historię św. Baudilla. Przybył do Nîmes z żoną w trzecim stuleciu n.e. z misją nawracania pogan na chrześcijaństwo. Udał się do świętego gaju, w którym poganie odprawiali obrzędy. Św. Baudille roztrzaskał figurę pogańskiego bóstwa, za co spotkała go zemsta pogan. Pewne wersje legendy mówią o tym, że postawiono go przed sądem, proponując jednocześnie przejście na wiarę pogańską. Baudille oczywiście odmówił. Ścięto mu głowę, która padając na ziemię odbiła się trzy razy. I na tych miejscach wytrysły trzy źródła. Zazwyczaj w mitologii chrześcijańskiej męczennicy zwani kephalophoros zabierają swoje ścięte głowy i maszerują parę metrów albo kilometrów dalej wybierając miejsce swojego kultu. Tam są budowane kaplice i kościoły. Tak było m.in. w Paryżu, Besancon, czy w Zurychu. Baudille nie spacerował ze swoją głową, jego żona zabrała jego ciało do Valsainte i tam go pogrzebała. Valsainte stało się oczywiście miejscem pielgrzymek.

Na końcu uliczki dochodzimy do tego niezwykłego miejsca. Wygląda jak plac zabaw otoczony murem. Na górze trawnik z kamiennym krzyżem, na dole kaplica w grocie. Zakratowana. Po prawej stronie ołtarzyka fryz nagrobny, przedstawiający martyrium świętego. Na ścianach dziękczynne tabliczki wiernych. W kapliczce i przed kapliczką widać płyty zakrywające studzienki. A więc to tu było najważniejsze miejsce kultu, tak samo ważne jak źródło bijące parę kilometrów dalej. Jeżeli wiemy, że na dole poświęcano ołtarze dla trzech Matron, dla trzech Proksum, dla Namauzyk, to możemy sobie wyobrazić potęgę kultową również tego miejsca na górze. Musiało wraz z krynicą na dole należeć do wspólnego obszaru sanktuarium. Pątnicy przybywający do Nîmes błagać boginie o zdrowie swoje i bliskich oraz poradzić się wyroczni, musieli złożyć wizytę również na wzgórzu Le Crémat. Nic dziwnego, że najstarsza część miasta powstała właśnie między tymi dwoma świętymi miejscami. Dzisiaj tylko jedno z nich przyciąga turystów. Drugie zostało niemal całkowicie zapomniane.

Przed kapliczką widoczny po lewej stronie zabezpieczony właz do źródła. Drugi znajduje się w środku kaplicy.

Przed kapliczką widoczny po lewej stronie zabezpieczony właz do źródła. Drugi znajduje się w środku kaplicy.

Niedaleko od Nîmes, św. Baudille pojawia się jako patron miejscowości St. Bauzille-de-Putois (od źródeł) jeszcze raz zawłaszczając pradawne kultowe miejsca. W owym niewielkim miasteczku była to wspaniała La Grotte des Demoiselles (Grota Panien!), w której jeden stalagmit wygląda jak rzeźba kobiety z dzieckiem.
Rzymianie i Grecy łatwo przyswajali bóstwa „barbarzyńskich” podbitych narodów i kojarzyli je z własnymi bogami, zachowywali celtyckie nazwy, dodawali swoje. Podwójne imiona były akceptowane, święte gaje szanowane. Chętnie jednak przy okazji wymieniali boginie na bogów. Chrześcijanie mieli inną strategię, wytępić co się da z pogańskiej tradycji, przegnać boginie, a jeżeli sprzeciw pogan był zbyt wielki, to podstawić nowych świętych, obdarzyć ich atrybutami starych bogów, czasami nadać podobne imię do starych duchów opiekuńczych, oddać im we władzę groty, rzeki i źródła.

W przyszłym roku w Nîmes zostanie otworzone nowe muzeum archeologiczne. Mam nadzieję, że wszystkie wykopaliska omówione w tym tekście znajdą tam godne miejsce.

Imponujące Nympheum w Jardin de la Fontaine.

Imponujące Nympheum w Jardins de la Fontaine.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz

Brednie w filmach dokumentalnych

Symbol Tanit, bardzo podobny do egipskiego symbolu życia ankh

Symbol Tanit, bardzo podobny do egipskiego symbolu życia ankh

Bardzo lubię oglądać wszelkie dokumenty filmowe o starożytności i archeologii. Może nie powinnam, bo mi się czasem ciśnienie niebezpiecznie podnosi, jak muszę słuchać oczywiste  bzdury. Tak jak przy oglądaniu w Arte filmu o podwodnej archeologii, o zapomnianych skarbach Morza Śródziemnego w hiszpańskiej Kartaginie:

http://www.arte.tv/guide/de/055166-000-A/vergessene-schatze-des-mittelmeers

(Film jest dostępny jeszcze przez parę tygodni.)

W Kartaginie otworzono wspaniałe muzeum Arqua o podwodnej archeologii. Arqua, czyli wodna archeologia. Kartagina została zbudowana przez Fenicjan. W wodach wokół portu Kartaginy zatonęło w starożytności wiele statków z cenną zawartością. Znaleziska są przebogate, muzeum bardzo ciekawe.

I nagle, mniej więcej w 6.29 minucie filmu mały szok. Tekst nie pasuje do obrazów, bo w filmie pokazuje się wizerunek bogini z koroną, podobną do koron tzw. muralnych, które nosiła Kybele oraz amforę z majestatyczną postacią kobiecą, siedzącą na tronie, której kapłanka przynosi daninę. Lektorka natomiast opowiada o kulcie Baala jako głównego boga Fenicjan „Baal był królem bogów, panem płodności, właścicielem i obrońcą ludzi. Prawdopodobnie jego postać zainspirowała Greków do stworzenia Zeusa“. Acha. A co mają z tym wspólnego obrazy kobiecych bóstw? A co z Tanit, która była główną postacią boską w Kartaginie? Rządzącą wspólnie z towarzyszem Baal Hammon? Była nazywana również Tinnit, Tannou albo Tangou. Ani słowa. Po co mieszać ludziom w głowach. Tanit była równana z księżycową boginią Asztarte, a potem czczona w rzymskiej Kartaginie jako Dea Caelestis, Juno Caelestis. Gdzie są wizerunki Baala?

W tunezyjskim arabskim do tej pory wznosi się inwokacje do „Omek Tannou“ czy |“Oumouk Tangou|“ (Matki Tannou) kiedy błaga się o deszcz. Możliwe, że ta potężna postać ewoluowała potem do Tanny, Dany, bogini, niezniszczalnej i ciągle obecnej w Europie.

Badacz starożytności profesor Othmar Keel ze szwajcarskiego Fryburga łączy punicką Tanit z Hathor. Jej schematyczna postać: połączenie trójkąta z owalem i poziomą kreską ramion zdobiła stelle w Kartaginie. Autorzy biblijni związali ją z Molochem oraz krwawymi ofiarami z dzieci. Nic bardziej błędnego twierdzi prof. Keel w krótkim filmie pokazywanym na wystawie we Fryburgu w 2007 roku: Tanit jest związana z regeneracją, dlatego jej symbole były na umieszczane na grobach dzieci. Morderczynię niewiniątek zrobiono z niej później. Do jej epifanii należało jabłko granatu jako symbol płodności, gołębica jako przedstawienie seksualności oraz kłosy. W monoteizmie jej gołębica wraca znowu, tym razem jako aseksualne wyobrażenie Ducha Świętego a kłosy pojawiają się w rękach Marii, Matki Boskiej Zbożowej, kontynuatorki tradycji Ceres i Demeter.

Dlaczego postać Tanit nie pojawia się w filmie, dlaczego, mimo że pokazuje się wizerunki bogiń nadal snuje się narrację o Baalu? Ignorancja, niewiedza, brak informacji? Nie wiem. Chyba raczej ignorancja i mylne przekonanie, że tylko męscy bogowie mogli się w starożytności liczyć. Lepiej nie zawracać ludziom głowy innymi przekazami. Niech wiedzą, że najpierw był Baal, potem Zeus i Jahwe. I amen.

Opublikowano Uncategorized | Otagowano , | Dodaj komentarz