O „Matriarchacie w południowych Chinach”, książce H.G.A.

Dzisiaj tu i ówdzie pojawiają się artykuły w zachodniej i polskiej prasie o Mosuo, czasami można czasami zobaczyć jakiś film dokumentalny.  Jednakże prekursorką współczesnych badań była zdecydowanie Heide Göttner-Abendroth, która wybrała się w podróż do południowych Chin wraz z grupą niemieckich badaczek na początku lat dziewięćdziesiątych. Owocem owej wyprawy stała się książka, opublikowana w 1998 roku pt. „Matriarchat w południowych Chinach. Podróż badawcza do Moso” (w tłumaczeniu książki używam preferowanej przez badaczy nazwy „Moso”).

W 2003 roku przetłumaczyłam książkę Heide, którą również osobiście poznałam. Niestety nie udało mi się znaleźć na tłumaczenie wydawcy w Polsce. Podobno temat był zbyt „niszowy”. Szkoda mi mojej pracy i dlatego pozwalam sobie umieścić wybrane fragmenty z niej na moim blogu. Wiele zmieniło się od lat dziewięćdziesiątych w Chinach, matriarchalna społeczność Mosuo jest obecnie wielkim magnesem turystycznym. Niedaleko jeziora Lugu zostało zbudowane lotnisko. Jednakże styl życia mieszkańcow nie uległ znaczącej zmianie, matriarchalna kultura jest nadal pielęgnowana nie tylko na pokaz dla turystów, ale również w życiu codziennym.

Oto co HGA pisze o organizacji wyprawy:

„Naszej podróży, zorganizowanej przez Akademię HAGIA, towarzyszyły wyjątkowe okoliczności. Przygotowania trwały dwa lata, pomimo że nie organizowałyśmy jej w Niemczech. O podróży powiadomiłyśmy władze chińskie, zaznaczając jej naukowy charakter i cel: badanie struktury matriarchatu. Wystarałyśmy się dodatkowo o specjalne pozwolenie, które miało nam umożliwić odwiedzenie terenów normalnie zamkniętych dla cudzoziemskich turystów.

Ten teren, kraj rodzinny Moso wokół jeziora Lugu i Yongningu leży na granicy Yunnanu i Sichuanu, niedaleko Tybetu. Cały region jest zamieszkały przez nie-chińską ludność, która w ciągu całej swojej historii była spychana do tej górzystej, niedostępnej enklawy przez takie potężne i wojownicze narody jak Tybetańczycy i Mongołowie. Głównie jednak to chińskie patriarchalne państwo Han, rozdęte w ciągu swojej kilkutysięcznej historii do niebywałych rozmiarów, zmuszało owe narody do wycofywania się oraz do stawiania oporu, jeżeli chciały przeżyć jako osobna grupa etniczna i zachować swoją kulturę. Ta sytuacja trwa nadal, mniejszości są nadal włączone w gigantyczne terytorium “Chińskiej Republiki Ludowej” i poddane wciąż obcym normom. Szczytem wymuszonej adaptacji była tzw. rewolucja kulturalna (1966-1976) reżimu komunistycznego Mao tse tunga. W walce przeciwko wszelkim tradycjom, również nie-chińskim narodom, zabroniono kultywowania tradycyjnego sposobu życia. Związane z tym nadużycia przybrały katastrofalne rozmiary: wymuszane małżeństwa, zakaz religii, niszczenie miejsc kultu – nawet tradycyjne stroje były zdzierane ludziom z ciała. Ten polityczny wandalizm ustąpił dzisiaj miejsca bardziej tolerancyjnemu nastawieniu. Nie-chińskim narodom w Chinach wolno dzisiaj pielęgnować swoją kulturę i wyznawać tradycyjną religię. W geście zadośćuczynienia państwo odbudowywuje, gdzie tylko to jest możliwe, część miejsc kultowych. Jednakże nacisk na asymilację nie całkiem zaginął, a jedynie nieco złagodniał. Propaganda nadal wmawia tym narodom, że są “zacofane” i że powinny się dalej rozwijać według propagowanego dzisiaj przez chiński rząd ogólnokrajowego programu uprzemysłowienia. Wzmacnia to nacisk na młodzież w szkołach państwowych, jak również nacisk na środowisko tych pradawnych narodów, które są bez skrupułów wykorzystywane dla nowej industrializacji. Dokonuje się wyrębu lasów, co kończy się katastrofalną erozją, w przyszłości planuje się budowę kopalni i innych obiektów przemysłowych. Podobna sytuacja, o różnym stopniu natężenia, dotyczy wszystkich wchłoniętych przez państwo chińskie nie-chińskich narodów.

Nie można się więc dziwić, że istnieje ciągły opór, w postaci pasywnego buntu, prób wywalczenia politycznego prawa głosu, czasami również w formie zbrojnego powstania. Wojsko chińskie jest w tych regionach wyjątkowo gęsto rozmieszczone, pomieszczenia dla funkcjonariuszy podobne do koszar, z zakratowanymi oknami i otoczone murami, znajdują się wszędzie. Skutek – teren zamknięty dla cudzoziemców! Oczywiście, i to niedługo ulegnie zmianie w ramach planowanej ekspansji turystyki, która przyniesie ze sobą drogi, lotniska i hotele. Wielką niewiadomą pozostaje kwestia, czy to nowe otwarcie przyniesie jakiekolwiek korzyści tym i tak już zepchniętym na pogranicze narodom. Ich tradycyjna kultura zostanie zredukowana do malowniczego folkloru; nie wspominając już o tym, że to nie one, lecz państwowy biznes turystyczny będzie czerpał profity z nowej fali turystów, głównie Chińczyków Han.

Upierałyśmy się przynajmniej przy jednym; chciałyśmy dojechać do kraju Moso bez korzystania z lotnisk, hoteli i bezpiecznych dróg – przez góry wokół jeziora Lugu wiedzie tylko jedna piaszczysta droga, karkołomnie wycięta w stromych zboczach, po której równie karkołomnie się jeździ. Nasze podanie przewędrowało całą hierarchię urzędniczą w górę i w dół, i ponownie w górę, czas uciekał a odpowiedzi nie było. Nie istnieją żadne reguły, według których udziela się pozwolenia na tego rodzaju podróże, tak więc stawianie jakichkolwiek prognoz było niemożliwe. I stało sie tak, jak to zwykle się zdarza w takich przypadkach – dokładnie wtedy, gdy zamierzałyśmy już zrezygnować i wysłać wszystkim zainteresowanym uczestniczkom odmowną odpowiedź, dotarło do nas pozwolenie na przeprowadzenie tej wyprawy. Decydującą rolę odegrała w tym wysoka funkcjonariuszka “Ogólnochińskiego Związku Kobiet”, pani Zhang Qingfang, najważniejsza osoba odpowiedzialna za kontakty międzynarodowe. Zna Iris osobiście i jest do niej wyraźnie przychylnie nastawiona. Wstawiła się za nami przy załatwianiu pozwolenia oraz zorganizowała cały przebieg wyprawy według naszych życzeń.

W taki właśnie sposób nasza podróż zmieniła się w oficjalną państwową wizytę umożliwiając nam badania etnologiczne. Jako grupa kobieca byłyśmy oficjalnie gośćmi „Chińskiej Republiki Ludowej” i korzystałyśmy z pierwszorzędnej opieki funkcjonariuszek „Ogólnochińskiego Związku Kobiet” poczynając od samej wierchuszki w Pekinie a kończąc na najniższych jego odgałęzieniach na dalekiej prowincji. Z samą górą zawarłyśmy znajomość, gdy zaproszono nas na obiad wieczorem w dniu naszego przyjazdu, na którym zostałyśmy osobiście podjęte przez przewodniczącą Związku. Swoją obecnością zaszczyciła nas również wiceprzewodnicząca prowincji Yunnan, oraz protektorka Iris, przewodnicząca Związku Kobiet do Spraw Międzynarodowych. Zostałyśmy smakowicie ugoszczone – kaczką po pekińsku, jakżeby inaczej? Wygłosiłyśmy mowy powitalne, wymieniłyśmy informacje i uśmiechy. Dalsza podróż przebiegała w podobnym stylu, w każdej stolicy prowincji czy okręgu, przez którą przejeżdżałyśmy byłyśmy podejmowane bardzo serdecznie długimi kurtuazyjnymi mowami i niezliczonymi przysmakami przez tamtejsze lokalne funkcjonariuszki. Kobiety te pochodziły z rozmaitych grup ludnościowych zamieszkujących tamtejsze tereny, zawsze jednak występowały w oficjalnym uniformie. Pewnego razu pojawiła się również lokalna telewizja, aby nakręcić sprawozdanie z naszych niezwykłych odwiedzin. ”Ogólnochiński Związek Kobiet” sięgał wpływami aż do najdalszej wioski Moso, co nie było najgorsze, ponieważ młoda funkcjonariuszka, towarzysząca nam i wspomagająca organizacyjnie w interesujących nas okolicach była Mosoanką. A to pomogło otworzyć wiele drzwi.

Szybko wyczułyśmy, co takiego było niezwykłego w naszej obecności dla naszych chińskich gospodarzy i gospodyń. Nie tylko fakt, że stanowiłyśmy czysto kobiecą grupę, ale również cel naszej podróży. Szczególnie wysoko postawione oficjalne damy z Pekinu dyskretnie maskowały zdziwienie, że oto dwanaście badaczek wybrało się w daleką podróż do Chin, kraju bogatego w skarby kultury narodowej wyłącznie po to, żeby odwiedzić jedną z najbardziej ”zacofanych” grup narodowościowych. Nie interesował nas ani Wielki Mur, ani żaden z pomników najmłodszej bohaterskiej historii Chin, żadne przedstawienia teatralne, nic, oprócz tego niewielkiego górskiego narodu złożonego z wieśniaczek i handlarzy koni. My byłybyśmy prawdopodobnie równie zdziwione, gdyby chińska delegacja naukowa przyjechała do Europy i nie chciała nic słyszeć o kulturze europejskiej, i była zainteresowana wyłącznie, na przykład, niewielką grupą górali z odległej alpejskiej doliny. Nie byłyśmy bowiem w stanie jasno wytłumaczyć wysoko postawionym damom, z jakich powodów badanie nadal egzystującego matriarchatu było dla nas ważne.

Miałyśmy wyjątkowe szczęście, że zostałyśmy przekazywane ”od szczebla do szczebla” “Ogólnochińskiego Związku Kobiet” aż po najodleglejszą prowincję. Mogłyśmy w ten sposób w pełni wykorzystać świetną organizację, która nam umożliwiła poznanie tak wielu rzeczy w tak krótkim czasie. Nasze chińskie organizatorki pomogły nam przybliżyć ludzi oraz przełamać bariery językowe, co zazwyczaj pochłania wiele czasu w badaniach etnologicznych. Porozumienie językowe było czterostopniowe: z niemieckiego na angielski, z angielskiego na chiński Han, z chińskiego Han na język tych górskich narodów, z którymi wiodłyśmy rozmowy, najpierw na Naxi, potem na Moso. Powtarzało to się przy każdej rozmowie, przy każdym pytaniu i każdej odpowiedzi, do tego dochodziły jeszcze zwroty grzecznościowe i zwyczaje, których nie można było naruszyć. Przy jednej rozmowie doszedł jeszcze piąty stopień: La mu, etnolog, który nam towarzyszyl i który tłumaczył z chińskiego Han na mosoański, poprosił w pewnym momencie młodą rodzimą funkcjonariuszkę, żeby po nim przejęła tłumaczenie i skierowała słowa do obecnych mosoańskich głów rodzin. Nie wypadało wszakże, żeby młody mężczyzna bezpośrednio kierował pytania na tematy kobiece pod adresem czcigodnych, starszych dam!

Zadziwiające, że w takich warunkach, do których dochodził jeszcze permanentny brak czasu spowodowany wiecznie przeładowanym programem – typowo po chińsku – udało nam się mimo wszystko nawiązać z kobietami Moso bardzo dobry kontakt. Pomimo wszystkich barier stworzonych przez pośredników nawiązywał się często prawdziwy dialog, w którym tylko śmiech się nieco spóźniał, zależnie od tego gdzie i kiedy dotarł akurat sens wypowiedzi. Uczucie obcości szybko się ulotniło. Dwie kobiece grupy z dwóch różnych kontynentów i dwóch różnych społecznych porządków, dyskutowały ze sobą często tak bezpośrednio, jak gdyby pomiędzy nimi nie było żadnych budujących porozumienie pośredników – o nich się po prostu zapominało. To było wyjątkowe. Ponieważ również dla kobiet Moso – nękanych przez chińskie i cudzoziemskie grupy męskich etnologów, wypytująch je o najbardziej osobiste sprawy – niesamowite było to, że nasza grupa składała się wyłącznie z kobiet i że nieustannie i intensywnie wspierała je w ich matriarchalnej kulturze i świadomości, i to w dodatku przeciwko panującej ideologii “zacofania”. Zdziwiło je to ale zarazem ucieszyło, otworzyło nam to oprócz ich drzwi również ich serca, sprawiło że mogłyśmy się nacieszyć ich gościnnością, otwartością i serdecznością. Tak więc nasze najgłębsze podziękowania kierujemy pod adresem samych Mosoanek, dołączając jednocześnie podziękowania dla mężczyzn Moso, z którymi również przeprowadzałyśmy rozmowy.”

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s