Pokój Narodzin i Śmierci, część 2.

Kiedy pozostali członkowie rodziny czekali na swoją kolej, daba stojący przy trumnie podjął rozdzierająco zawodzącą pieśń w molowej tonacji i kontynuował ją recytując z kartki imiona i nazwiska członków rodziny A My. Wyliczenie wszystkich krewnych zajęło mu wieczność, po której przeszedł do dalszych inkantacji starożytnych tekstów.

„Moim zadaniem na pogrzebie jest otwarcie drogi dla duszy zmarłego aby jej ułatwić podróż do Sina-Anawah“ powiedział mi pewien daba, z którego udało mi się we wcześniejszej rozmowie wyciągnać bardzo ciekawe informacje o szamanistycznych praktykach podczas ceremonii pogrzebowej.

Stos pogrzebowy. Zdjęcie pochodzi z portalu thekingdomofwomen.co.uk

„Słowa, które śpiewam, pomagają poprowadzić duszę z powrotem do miejsca, z którego my, Mosuo, pochodzimy. Śpiewam je aby chronić drogę i ostrzegać duszę przed wszystkimi możliwymi niebezpieczeństwami i zagrożeniami podczas podróży. Mówię duszy, żeby się nie lękała, mimo tego że droga do Sina-Anawah może być trudna i zdradliwa. Mówię duszy, że może się zabłąkać na ścieżkę dzikich zwierząt i zagrażających złych duchów. Będę śpiewać, aby pomóc duszy uniknąć tych pułapek. Mówię też duszy, że kiedy dotrze do Sina-Anawah znajdzie tam nowe życie i wróci do rodziny z powrotem, aby jej pomóc.“

Na podwórku tłoczyli się sąsiedzi i przyjaciele rodziny. Ochotnicy z kręgu przyjaciół A My zaczęli podawać kolację z dań przygotowanych przez różne rodziny z wioski.

Ta scena z pierwszej nocy pogrzebu A My była powtarzana codziennie przez dwa tygodnie aż do wigilii kremacji. Przedostatnia noc była kulminacyjnym punktem w obrzędach pogrzebowych i zgodnie z wierzeniami Mosuo była tym momentem kiedy dusza osiągnęła ostatni etap zdradliwej i niebezpiecznej ścieżki do starożytnej krainy Sina-Anawah.

Aby pomóc duszy A My w przezwyciężeniu niebezpieczeństw pojawiających się na jej drodze, daba zajął główne miejsce na podwórku i zabrał się do odegrania niezwykłego szamańskiego rytuału mającego wesprzeć odchodzącą duszę. Daba ubrany od rana w ten sam kolorowy, tradycyjny szamański strój skinął na grupę oczekujących męskich członków rodziny aby do niego podeszli. Pierwsza para wysunęła się na czoło. Daba pomógł im założyć archaiczne skórzane zbroje i ozdobione piórami nakrycia głów oraz wręczył im miecze i sztylety. Teraz para wyglądająca na wojowników z minionych wieków zaczęła dziki taniec wokół dziedzińca, goniąc urojone duchy i wydając okrzyki wojenne, wymachując mieczami w walce przeciwko niewidzialnym, dzikim zwierzętom oczyszczając w ten sposób ostatni odcinek drogi, którą dusza miała pokonać.

Po tym jak pierwsza para skończyła swoje przedstawienie, następna para ochotników zajęła ich miejsce zakładając ich ubrania i odgrywając tę samą scenę. Nieustannie, na zmianę kolejne pary wojowników kontynuowały walkę z czyhającym w ciemnościach złem. To godzinne, niezwykłe przedstawienie tradycyjnego tańca udowodniło mi jak bliskie sercu Mosuańczyków były stare, pogańskie zwyczaje. Owe dzikie podwórkowe sceny były równoważone spokojnymi, śpiewnymi recytacjami buddystycznych lamów, którzy w swoich szafranowo-bordowych szatach siedzieli wewnątrz domu. Jako niezbędny element każdego mosuańskiego pogrzebu, święci mężowie Buddy pomagali swoimi recytacjami prowadzić duszę A My do reinkarnacji. Słuchając szalonego hałasu na zewnątrz słyszałam coraz głośniejszy pomruk śpiewów w tle. Rzuciłam okiem przez szparę w drzwiach i zobaczyłam dużą grupę lamów, intonujących coraz głośniej aby zagłuszyć konkurencję dabów.

Zastanowił mnie ten obrazek, dwie wiary rywalizujące między sobą w wykonaniu swoich różnych wersji pożegnania duszy, ale jednocześnie siedzące ramię w ramię przez całą tę ponurą noc. To mówiło wszystko o powściągliwym zrozumieniu i wzajemnej tolerancji dwóch stron lokalnych religijnych odłamów. Nie było między nimi konfliktu, ponieważ ambiwalentni z natury Mosuańczycy bezproblemowo zaadaptowali nowy Buddyzm nie rezygnując jednocześnie ze swojej pogańskiej przeszłości. Każda mosuańska rodzina zawsze zaprasza obydwie religijne grupy na pogrzeby.

Wymęczeni i brudni krewni, jako że Mosuańczycy nie myją się i nie obcinają włosów podczas całego okresu żałoby, zostali na ostatnią noc czuwania, aby dotrzymać towarzystwa odchodzącej duszy. Nocne czuwanie zmieniło się w energiczny poranek, wszyscy przygotowywali się do odegrania swoich roli w końcowym spektaklu, który rozpoczął się z brzaskiem dnia.

Dzień przed kremacją mężczyźni skonstruowali małą replikę domu z bali na polu u podnóża góry, niedaleko wioski A My. Niewielka budowla, wystarczająca na zmieszczenie trumny A My, przypominała typowy mosuański dom zbudowany z sosnowych bali łączonych na wręby. W związku z tym, że był to pogrzeb kobiety konstrukcja była wysoka na siedem belek, w wypadku mężczyzny replika domu miałaby dziewięc belek.

W domu jeden z braci Gumi przebrał się za woźnicę i zaprzągł konia. Woźnica wraz z koniem czekali potem przed bramą aby poprowadzić kondukt pogrzebowy. Napięcie zaczęło rosnąć kiedy mężczyźni rozwinęli białe płótno na ziemi jak chodnik prowadzący od głównych drzwi przez całe podwórko aż do bramy wejściowej.

Nadszedł już czas.

W pokoju babci, dyskretnie zasłaniani przez ruchomą płócienną zasłonę, synowie A Ma weszli do pokoju narodzin i śmierci. Razem wynieśli, przeciekający już worek z ciałem do pokoju babci. Uroczyście podnieśli go i umieścili w kwadratowej trumnie, wkładając tam również jej ubrania i położyli na nim wieko.

Ustawiając się w dwa szeregi po obu stronach, synowie podnieśli drągi, na których była ustawiona trumna, na ramiona. Powoli wynieśli ją z domu na podwórzec, na którym oczekiwały ich grupy rodziny i znajomych klęczących po obu stronach białego płótna. Synowie ostrożnie balansowali trumnę nad głowami krewnych. Kiedy przechodzili nad żałobnikami przydarzyła się niezwykle wzruszająca scena. Każdy z klęczących zaczął krzyczeć i szlochać i wołać osobiste pożegnania do A My opuszczającej dom. Kondukt doszedł do bramy, gdzie syn-woźnica pociągnąl wodze konia i skierował go na czoło konduktu. Nagle zaczęły wybuchać głośne petardy, słychać było uderzenia gongu. Niesiona wysoko trumna podążała za koniem, a za nią uformował się długi orszak żałobników, którzy powstali z kolan i opuścili podwórzec. Znowu parę petard wybuchło aby odgonić złe duchy.

Cała grupa zeszła raźno w dół po zboczu pagórka do miejsca wyznaczonego na kremację. Niosący trumnę synowie postawili ją obok drewnianej konstrukcji, repliki ich domu. Niezwykle szybko, osłaniając cała operację przed kobietami i dziećmi parawanem, przenieśli worek z ciałem i złożyli go w domku. Potem roztrzaskali pustą trumnę na małe kawałki i włożyli je do drewnianej repliki, ostatniego miejsca spoczynku A My.

Gumi wraz z innymi kobietami i dziećmi położyły się przed stosem A My na gołej ziemi i zaczęły szlochać i wykrzykiwać ostatnie pożegnania, podczas gdy mężczyźni stali obok ze stoickim spokojem z opuszczonymi głowami. Wszyscy bili pokłony zmarłej po raz ostatni. Po jednej stronie lamowie siedzący w dwóch szeregach zaczęli pożegnalne recytacje, dzwoniąc dzwoneczkami i kropiąc święconą wodą. Kiedy ich charakterystyczne, patetyczne basy ucichły po ostatnim refrenie, młody mnich zapalił na długiej chochli tłuszcz z masła jaka i podbiegł do stosu podkładając ogień pod strukturę z belek. Pierwsze płomyki szybko popełzły w górę stosu, który błyskawicznie stanął w ogniu. Zapalenie ognia było ważnym sygnałem dla Mosuo, którzy wiedzieli, że właśnie w tym momencie dusza A My odłączyła się od ciała aby ulecieć w przestworza w drodze do reinkarnacji.

Teraz ceremonia dobiegła końca. Skończyły się pożegnania i płacze, już nic nie pozostało do zrobienia. Wypadało się zbierać. Nadszedł czas aby krewne odwróciły się plecami do tak przez nich ukochanej osoby. Gumi wraz ze wszystkimi kobietami i dziećmi podniosła się i odeszła. Można było A Mę zostawić teraz samą na jej drodze do Sina-Anawah. Zostałam jeszcze, żeby posłuchać lamów recytujących ostatnie modlitwy przy palącym się stosie. Mężczyźni też zostali, czekali aż ogień się wypali do końca przed uprzątnięciem paleniska.

Ostatni obrządek odbył się następnego rana, kiedy synowie A My powrócili na miejsce kremacji zebrać jej popioły. W szóstkę wspięli się potem na wzgórze i wysypali je na wiatr.

Choo Waihong, The Kingdom of Women, Life, Love and Death in China’s Hidden Mountains, I. B. Tauris, London, New York, 2017, str. 181-186

 

 

Reklamy

Informacje o vouivrenoire

Born in Warsaw, studied English Philology in Lublin (Poland). Moved to Zurich in 1976, studied at Zurich University (Journalism, Slavic Philology, English Literature). Married, two daughters.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Uncategorized i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s